Archiwa tagu: warszawa

Za Teresę!!

Podziwiam refleks dziennikarzy pseudoprawicowego koncernu, którzy odpalili rakietę o donoszeniu Teresy w środku kampanii samorządowej. Jednak nie wierzę im na tyle, żeby do tej teczki nie zajrzeć. Z tym Tyrmandem to dużo przesadzili, Teresa wpisuje się w długą listę pań podrywanych przez cudzoziemców: Tyszkiewicz, Hoffmann, Wiśniewska, Cembrzyńska, Dykiel i wiele innych. Interesujący wątek to sytuacja materialna Teresy i jej rodziny. Jak było, proszę przekonają się Państwo sami:

– k. 12 Raport o zezwolenie na przeprowadzenie rozmowy z Teresą T/…/, Warszawa 12.11.1959 r., Ściśle tajne

[dekretacja- Z tym, że spowodować wezwanie jej męża w sprawie uchylania się od meldunku i w czasie rozmowy zorientować się, gdzie zamieszkują na terenie Warszawy. Następnie rozmowę z nią przeprowadzać w jej mieszkaniu pod nieobecność jej męża. [parafa] 18.II.59 r.]

            Wymieniona od sierpnia br. utrzymuje stosunki towarzyskie z Donovanem Thomasem, I-szym Sekretarzem Ambasady USA w Warszawie.

            Posiadane materiały wskazują, że T/…/ była kilkakrotnie w towarzystwie Donovana w kawiarniach, na przyjęciach u niego w domu i swoich znajomych oraz jeździła z nim po mieście samochodem.

            W dniu 1.VIII.59 r. Donovan podjechał samochodem na ul. Rakowiecką nr 5, skąd wyszła wymieniona i pojechała razem z figurantem do kawiarni „Wiklina”. O godz. 2100 Donovan pojechał z nią do swego mieszkania. Dnia 2.VIII o godz. 0.35 Donovan wyszedł z T/…/ ze swego mieszkania i odwiózł ją na ul. Rakowiecką nr 5 (tam zamieszkują jej rodzice). W tym czasie w mieszkaniu Donovan nikogo więcej nie było. [dopisek na marginesie- czy mąż w tym czasie był w Warszawie?]

            Jak wynika z danych agenturalnych T/…/ Teresa w ostatnim okresie zwróciła wyraźnie uwagę Donovana na swoją osobę. Swego czasu była nawet opinia, że Donovan zakochał się w T/…/. Wieczorami towarzyszy on jej bardzo często, wożąc ją, jej męża i ich przyjaciół swoim samochodem i zapraszając ich najbliższe otoczenie do swego mieszkania. T/…/ jest z nim spoufalona i w jego mieszkaniu gra rolę „pani domu” dość grymaśnej i wymagającej, co zdaje się Donovanowi nawet podoba się, gdyż chętnie spełnia jej wszystkie życzenia. Rozwozi na jej życzenie gości różne punkty miasta, stara się o książki i pisma fachowe dla męża itp. Nie wydaje się jednak, żeby był to jakiś poważniejszy romans przede wszystkim dlatego, że T/…/ przywiązana jest do swego męża, a poza tym nie zna języka angielskiego. W ubiorze T/…/ coraz częściej daje się zauważyć przedmioty pochodzenia zagranicznego, które najprawdopodobniej w formie prezentu otrzymuje ona od Donovana. Dzięki T/…/ Donovan tkwi dosyć mocno w środowisku studenckim i jest tam osobistością dość znaną.

            T/…/ pochodzi z rodziny inteligenckiej, jest osobą b. sprytną, dość inteligentną, przystępną i ładną. Cierpi na jakąś wadę serca. Na skutek tej choroby pod wpływem minimalnego zdenerwowania ogarnia ją płacz. T/…/ ma drugiego męża, jej pierwsze małżeństwo z Fersterem z Krakowa zostało rozbite przez T/…/. Z pierwszego małżeństwa ma ona syna. T/…/ w kartotece KWMO w Krakowie, jak i centralnej nie jest notowana. Mąż jej jest jednym z najmłodszych, zdolniejszych i wybitnych pianistów i kompozytorów muzyki jazzowej. Jest w trudnych warunkach materialnych.

            Jak wskazują posiadane materiały znajomość kandydatki z Donovanem ma charakter trwały i stosunków towarzyskich i może zawierać elementy pewnego romansu. Kandydatka jest snobką i zdaje się, że imponuje jej znajomość z dyplomatą amerykańskim. Donovan znając jej dość trudną sytuację materialną oraz najprawdopodobniej brak skrupułów w sprawach seksualnych i kierując się chęcią utrzymywania kontaktów z młodzieżą studencką zainteresowany jest jej osobą zarówno ze względów osobistych, jak i służbowych.

            Biorąc pod uwagę powyższą sytuację planuje się przeprowadzić z T/…/ rozmowę pod kątem jej ewentualnego wykorzystania operacyjnego.

            Rozmowa z wymienioną ma na celu:

– zorientowanie się co do możliwości wykorzystania operacyjnego wymienionej i w sprzyjającej sytuacji przeprowadzenie werbunku.

            Rozmowę z wymienioną planuje się przeprowadzić następująco:

1 W związku z tym, że T/…/ nigdzie nie pracuje i bez formalnego zameldowania zamieszkuje pod znanym nam adresem w Warszawie planuje się wymienioną poddać obserwacji na okres 2-3 dni. Gdy obserwacja ustali wymienioną, powiadomi nas o powyższym i wówczas nawiąże się z nią kontakt i zaproponuje przeprowadzenie rozmowy w jednym z dogodniejszych lokali w Warszawie. [dopisek- podejdziemy do niej, gdy będą odpowiednie ku temu warunki, a przede wszystkim, gdy będzie sama]

2 Na wstępie rozmowy, po przedstawieniu się, skąd jesteśmy, i po wymianie kilku zdań na tematy ogólne poprosi się wymienioną o udzielenie nam informacji odnośnie swoich znajomości z cudzoziemcami. [Oświadczymy, że nas interesują jej znajomości z cudzoziemcami i zapytamy, co może nam powiedzieć na ten temat.]

3 O ile wspomniana samorzutnie zacznie opowiadać nam o swoich znajomościach z cudzoziemcami, a w szczególności z Donovanem, wówczas dążyć będziemy do pełnego wyjaśnienia charakteru tych znajomości i przeprowadzenia werbunku.

4 W wypadku, gdy kandydatka do wspomnianej sprawy ustosunkuje się niechętnie i w sposób wymijający- będziemy starali się doprowadzić do jej wiadomości znane nam fakty z jej niemoralnego prowadzenia się i że jest ona wykorzystywana przez dyplomatę amerykańskiego. Rozmowa będzie miała na celu spowodowanie, aby T/…/ sama wystąpiła z propozycją zrehabilitowania się w formie udzielania pomocy organom kontrwywiadu.

5 Jeżeli T/…/ mimo postawienia sprawy w powyższy sposób wykaże daleko idącą niechęć w stosunku do org. kW- spowodujemy rozmowę na temat jej braku zameldowania na terenie Warszawy. O ile wymieniony argument nie odniesie skutku, oświadczy się jej, że skierujemy sprawę meldunku do odpowiednich władz celem wyciągnięcia konsekwencji.

6 Biorąc pod uwagę fakt, że T/…/ utrzymuje bliskie stosunki z Donovanem i szeregiem innych osób, które utrzymują z nim podobnie znajomości wobec tego niezależnie od zajętego przez nią stanowiska w rozmowie z nami- będziemy starali się, by wymieniona podpisała zobowiązanie o zachowaniu w tajemnicy faktu przeprowadzenia rozmowy z przedstawicielami kontrwywiadu.

            Rozmowę z wymienioną przeprowadzą: kpt. Rolnik i por. Prekurat.

St. of. op. W. VIII D. II-go                                          Of. Op. W. VIII Dep. II-go

            Rolnik kpt.                                                                 Prekurat por.

– k. 17 Raport o zatwierdzenie dokonanego werbunku Teresy T/…/, Warszawa 6.04.60 r., Ściśle tajne

            Melduję, że wymienioną przeprowadzono trzy rozmowy /28.I, 7.II i 1.IV br./. Przy pierwszych dwóch rozmowach brał udział kpt. Rolnik. W trakcie tych rozmów wymieniona wyjaśniła charakter swoich znajomości z dyplomatami amerykańskimi. Utrzymuje b. bliskie stosunki z Donovanem Thomasem, I sek. amb. Ameryk., spotyka się na przyjęciach z Jones’em Frank’iem attaché politycznym, Donnell’ym William’em, attaché rolnym, Symansem Eduardem, attaché prasowym i  Stullom Lee- II sekretarzem ekonomicznym.

            Bliższe szczegóły na powyższy temat znajdują się w kolejnych notatkach służbowych.

            W trakcie ostatniej rozmowy wymieniona przekazała nam szereg cennych informacji i wyraziła chęć dalszego spotykania się.

            Jak wynika z jej oświadczeń oraz naszych danych agenturalnych wspomniana zachowała w tajemnicy fakt prowadzonych z nią rozmów i przywiązuje dużą  wagę do konspiracji.

            Biorąc pod uwagę jej możliwości operacyjne, chęć do współpracy z naszymi organami proszę o udzielenie sankcji na jej zarejestrowanie w charakterze t.w. ps. „Justyna”.

St. Of. Oper. Wydz. VIII Dep. II-go                    Of. Oper. Wydz. VIII Dep. II-go

            / Rolnik kpt. /                                                             / Prekurat – por. /

– k. 24 Notatka służbowa dot. przeprowadzonej rozmowy z Teresą T/…/, Warszawa 29.01.1960 r., Ściśle tajne

            Dnia 28.I.60 r. udałem się do mieszkania wymienionej i po upewnieniu się, że męża jej w domu nie ma wszcząłem z nią rozmowę na temat spraw meldunkowych. Początkowo przy rozmowie obecna była jakaś starsza kobieta /sądziłem, że jest to główna lokatorka tego mieszkania ob. Budzyńska, kuzynka interesującej mnie osoby/. Następnie zostałem zaproszony do pokoju biurowego odgrodzonego od pozostałej części mieszkania ściankami z dykty. Jest to biuro Ośrodka Filmów Krótkometrażowych. Będąc w tym biurze doszedłem do przekonania, że przez te prowizoryczne ściany najprawdopodobniej dobrze słychać prowadzoną przeze mnie rozmowę, dlatego postanowiłem nie przedstawiać się, skąd faktycznie jestem, lecz korzystając z poprzedniej legendy umówiłem się ze wspomnianą, że za godzinę spotkamy się ponownie przed budynkiem. Po wyjściu skomunikowałem się z mjr. Leksem i poprosiłem, by na umówione miejsce przyjechał kpt. Rolnik.

            O godz. 1445 wyszła T/…/, z którą udałem się w kierunku Pl. Trzech Krzyży. W drodze wymieniona opowiadała mi, że bezskutecznie usiłowała skomunikować się telefonicznie z mężem, który był zaangażowany przy audycji „Zgaduj Zgadula” razem z A. Rokitą i W. Przybylskim. Po wymianie kilku zdań na tematy ogólne powiedziałem wymienionej, że jestem oficerem kontrwywiadu i chciałbym z nią przeprowadzić pewną rozmowę, przepraszając ją przy tym i uzasadniając … W pierwszej chwili nie powiedziałem, skąd właściwie jestem. Wymieniona przyjęła to oświadczenie z pewnym uśmiechem i bez zażenowania nadmieniła, że b. jej się podobało właśnie takie nawiązanie z nią kontaktu, że to świadczy o naszej umiejętnej pracy itp. Następnie zapytałem ją, czy ona uważa za wskazane przeprowadzić tę rozmowę w swoim mieszkaniu czy też gdzieś w lokalu, nadmieniając, że bardzo mi zależy na tym, by mieć możliwie najbardziej niekrępujące warunki. Kandydatka po zastanowieniu się zaproponowała mi kawiarnię i w związku z tym udaliśmy się do jednej z kawiarni przy Pl. Trzech Krzyży. Przed wejściem do kawiarni przedstawiłem jej tow. Rolnika.

            W kawiarni po wymianie kilku ogólnych uwag powiedzieliśmy, że jest nam wiadomo o utrzymywanej przez nią znajomości z dyplomatą amerykańskim Donovanem. W odpowiedzi T/…/ stwierdziła, iż Donovana poznała w czerwcu 1959 r. w czasie pobytu w Polsce Conover’a, komentatora muzyki jazzowej w rozgłośni amerykańskiej, który będąc przez kilka dni w Polsce został zaproszony na przyjęcie do Matuszkiewicza Jerzego, jednego ze znanych muzyków jazzowych. Na przyjęciu tym był wówczas także Donovan. Od tej pory była kilkakrotnie w mieszkaniu Donovana, przeważnie na różnych przyjęciach, gdyż bywali inni Polacy. Gdy Donovan wyjeżdżał na urlop do Paryża poprosiła go, by przywiózł jej szereg przedmiotów ubraniowych. Po jego powrocie była sama u niego w mieszkaniu i otrzymała od Donovana te wszystkie rzeczy, o które prosiła, by jej przywiózł z Francji. Oczywiście za te wszystkie rzeczy płaciła, lecz po cenach znacznie zniżonych.

            Jej zdaniem Donovan jest człowiekiem b. inteligentnym i wykształconym, i miłym w obyciu. Jest on rozwiedziony, jego żona przebywa w NRF. W stosunku do niej jest bardzo grzeczny i uprzejmy i jak jej się wydaje darzy ją sympatią.

            Rzuca się to jej w oczy zwłaszcza wtedy, gdy będąc na przyjęciu spotyka się z licznym gronem kobiet, często b. interesujących, wykształconych i właśnie wtedy Donovan okazuje w towarzystwie duże zainteresowanie jej osobą. Ona oczywiście jest z tego b. zadowolona i wcale nie ukrywa tego, że lubi Donovana i darzy go pewną sympatią.

            Spotykając się z nim nie zauważyła, by próbował on prowadzić rozmowy na tematy polityczne, wskazuje natomiast duże zainteresowanie muzyką jazzową. W towarzystwie jej i znajomych ze środowiska muzyków jazzowych bywa w „Stodole” i „Hybrydach”. Jak jej się wydaje, Donovan ceni również bardzo jej męża. Mąż jej jest zorientowany w utrzymywanych przez nią znajomościach z Donovanem. Z tego powodu nie spotyka się ze strony męża z jakimiś krytycznymi uwagami. T/…/ w rozmowie mocno akcentowała, że jest i chce być lojalną obywatelką. Brat jej w czasie powstania należał do AK i zginął. Uważa ona, że przez znajomość z Donovan nie działa na szkodę swego państwa. Na przyjęciach u Donovana spotyka ludzi ze środowiska naukowców i literatów, ludzi na poważnych stanowiskach, jak np. prof. Gieysztora, Chałasińskiego, Kałużyńskiego i innych.

            Jej się wydaje, że zostałaby mocno skrzywdzona, gdyby zabroniono jej kontynuowania znajomości z dyplomatami amerykańskimi, ponieważ widzi, że takie znajomości utrzymują inni obywatele polscy.

            Po wysłuchaniu powyższego podziękowaliśmy wspomnianej za rozmowę, za jej bardzo szczery i obywatelski stosunek do nas i w związku z tym, że chcielibyśmy w dalszym ciągu wyjaśnić pewne historie zaproponowaliśmy następne spotkanie na dzień 7.II.60 r. godz. 12-tą. Wymieniona propozycję przyjęła.

Uwagi i wnioski: T/…/ jest osobą inteligentną, miłą i kulturalną.

Niewątpliwie darzy ona sympatią Donovana zarówno jako mężczyzną, rozwiedzionego, samotnego, umiejącego okazywać jej sympatię, jak również dyplomatę wprowadzającego ją w bardzo interesujące środowiska kulturalne, które dla niej jako kobiety młodej i bez wyższego wykształcenia stanowi niemały sukces w życiu społecznym.

            Nie bez znaczenia wydaje się także korzyści materialne wynikające ze znajomości z Donovanem. Również niewykluczonym może być, iż T/…/ traktuje Donovana jako swego intratnego kochanka, nie narażając na szwank swego pożycia małżeńskiego. W tej sytuacji zachodzi potrzeba przyjęcia w dalszych rozmowach b. umiejętnej i taktownej linii postępowania, a przede wszystkim głębokiego poznania stosunku T/…/ do Donovana i odwrotnie. Pozytywnym zjawiskiem jest, że wymieniona stara się wykazać lojalną postawę wobec naszych organów.

                                                                                  P r e k u r a t  por.

Wyk. w 2 egz. KJ

– k. 31 Charakterystyka tw ps. „Justyna”, Warszawa 7.01.1962 r., Tajne

            Z wymienioną pierwszą rozmowę przeprowadzono 26.I.60 r. na podstawie raportu w dniu 6.IV.60 r. zarejestrowano ją jako tajnego współpracownika. Mężatka, żona jednego z wybitniejszych muzyków jazzowych w Warszawie. Posiada średnie wykształcenie, inteligentna, umiejąca się spodobać jako kobieta. W okresie pobytu w Polsce Donovana Thomasa należała do grona jego najbliższych znajomych. Figurant darzył ją dużą sympatią. Niektórzy wyrażali opinię, iż łączą ich bliższa stosunki. W ostatnich miesiącach pobytu Donovana w Polsce spotykała się z nim b. systematycznie, w gronie innych Polaków.

Z racji tej przekazała na szereg informacji dot. zainteresowanego i zapatrywań figuranta oraz obywateli polskich kontaktujących się z nim w tym okresie. Spostrzeżenia „Justyny” mają charakter ogólno-informacyjny.

            Na początku 196 r. „Justyna” na zaproszenie znajomej z Paryża wyjeżdżała do Francji. Tam spotkała się z Donovanem i następnie wracając do Polski zatrzymała się w Berlinie zachodnim, odwiedzając wymienionego.

Politycznie b. słabo wyrobiona.

– k. 33 Charakterystyka tw ps. „Justyna”, Warszawa 29.11.1962 r., Tajne

            Z wymienioną pierwszą rozmowę przeprowadzono 28.I.60 r. na podstawie raportu z dnia 6.IV.60 r. zarejestrowano ją jako tajnego współpracownika. Mężatka, żona jednego z wybitniejszych muzyków jazzowych w Warszawie. Posiada średnie wykształcenie, inteligentna, umiejąca się spodobać jako kobieta. W okresie pobytu w Polsce Donovana Thomasa należała do grona jego najbliższych znajomych. Figurant darzył ją dużą sympatią. Niektórzy wyrażali opinię, iż łączą ich bliższa stosunki. W ostatnich miesiącach pobytu Donovana w Polsce spotykała się z nim b. systematycznie, w gronie innych Polaków.

Z racji tej przekazała na szereg informacji dot. zainteresowanego i zapatrywań figuranta oraz obywateli polskich kontaktujących się z nim w tym okresie. Spostrzeżenia „Justyny” mają charakter ogólno-informacyjny.

            Na początku 196 r. „Justyna” na zaproszenie znajomej z Paryża wyjeżdżała do Francji. Tam spotkała się z Donovanem i następnie wracając do Polski zatrzymała się w Berlinie zachodnim, odwiedzając wymienionego.

Politycznie b. słabo wyrobiona. Jej szczerość wobec naszych organów budzi także zastrzeżenia. Mianowicie „Justyna” swego czasu nie zameldowała o wykryciu podsłuchu w mieszkaniu figuranta, aczkolwiek z innych źródeł agenturalnych wiadomo nam było, iż figurant o powyższym się do niej zwierzał.

Na spotkania przychodzi dość chętnie, relacjonując swoje spostrzeżenia. Poważniejszych zadań z uwagi na powyższe dotychczas jej nie zlecano. Po wyjeździe z Polski Donovana przez kilka miesięcy nie miała kontaktu z dyplomatami amerykańskimi, którzy zerwali stosunki z większością Polaków, należących uprzednio do grona najbliższych znajomych Donovana.

Ostatnio „Justyna” podczas dwóch przyjęć spotkała się z Jonesem Fr. II sekretarzem amb. USA. Jak twierdzi, stosunki te zostaną nadal podtrzymane.

Utrzymuje ona nadal kontakty korespondencyjne z Donovanem.

            Jak wynika z ostatnich danych, „Justyna” ma szanse odświeżenia kontaktu z attaché politycznym Donnelym W.

                                                            St. Ofic. Oper. Wydz. VIII Dep. II

Odb. w 2 egz.

Opr. W.P.                                                  /Wł. Prekurat – kpt./

Druk J.D.

– k. 40 Notatka służbowa, Warszawa 22.10.1964 r., Tajne, Egz. Nr 1

            Dnia 21.X.1964 roku o godz. 12.00 w kawiarni „Wenecja” odbyłem spotkanie z b. tw. ps. „Justyna”. Kontakt z w/wym. nawiązałem telefonicznie, powołując się na pana Zbyszka /tow. Prekurat/. Na umówioną godzinę przybyła z parominutowym opóźnieniem, za które mnie przeprosiła. Na temat Donovan’a zaczęła mówić sama. Wyjaśniła, że ten ostatni po wyjeździe z Polski utrzymywał korespondencyjny kontakt z żoną prof. Chałasińskiego. Ją też powiadomił o zamierzonym przyjeździe do Warszawy. Przybył po godz. 18.00 z żoną i kilkunastomiesięcznym dzieckiem. Witało go grono najbliższych przyjaciół- Polaków. Byli to Waschkowie, Matuszkiewiczowie, T/…/, Kałużyński, Tyrmandowie, Chałasińska oraz jakaś Amerykanka- żona Polaka. Z ambasady USA- prawdopodobnie Donolly. Zamieszkał w hotelu Bristol. Na wysuniętą propozycję wspólnego spędzenia wieczoru nie przystał, tłumacząc się brakiem opieki nad małym dzieckiem. Wieczorem był tylko na kawie u Donolly’ego.

Dnia 20.X.1964 r. opiekował się nim Kałużyński. Widział się też z Donolly’m.

Dnia 21.X.1964 r. miał być podejmowany lunchem przez Waschków. Na 17.00 został zaproszony do Chałasiewiczów. Oprócz wymienionych Polaków mają być Dygaci i Morgenstajn. Wieczorem udają siędo Spatif-u.

Dnia 22.X.1964 r. T/…/ wydają dla niego kolację. Odbędzie się ona u nich lub u Kałużyńskiego. Z obywateli polskich, te same osoby.

Dnia 23.X.1964 r., jeżeli nie przedłużą mu wizy, wyjeżdża przez Paryż do USA. W Waszyngtonie zamierza wszcząć starania o zmianę decyzji odnośnie skierowania go na placówkę do Nairobi /Kenia/. Z możliwości przyjazdu do Polski jest bardzo zadowolony. Z zachwytem stwierdzał wiele nowych, pozytywnych zmian w Warszawie. Do ambasady USA w Warszawie ma jakiś żal. Pisząc do Chałasińskiej o swym przyjeździe- prosił ją, aby nie informować o tym placówki. Najbliższe grono, które podejmuje go, prosił, aby nie zapraszano nikogo z pracowników ambasady USA. W Warszawie nabył już sporo książek, które przez placówkę zamierza wysłać do Stanów. Język polski obecnie zna bardzo słabo. Żona, młodsza od niego o prawie 20 lat. Ładna, miła, inteligentna. Zna 5 obcych języków.

Innych informacji o Donovan’ie „Justyna” nie posiadała.

            Na jednym z przyjęć w ambasadzie amerykańskiej tw wraz z mężem poznała I sekretarza ambasady brytyjskiej Socondo z małżonką. W jakiś czas później była u nich na przyjęciu, gdzie poznała Hall’a. Następnie podejmowała Socondo’ów u siebie na imieninach. Przed ich wyjazdem z Polski- wiosną br. na ich życzenie została z mężem zaproszona do Solbych. Było to przyjęcie pożegnalne wydane dla Socondo’ów połączone z tańcami. Większość towarzystwa stanowili młodzi ludzie. Był tam też Hall. W następnym dniu Hall wydał przyjęcie dla Socondo’ów u siebie, na którym tw. też była z mężem, lecz bardzo krótko.

Po pewnym czasie otrzymała od Hall’a zaproszenie do Spatif-u na pokaz filmu angielskiego „Tom Jones”.

Miesiąc temu urządziła u siebie przyjęcie, na które zaprosiła Hall’a. Przyszedł z kolegą- Anglikiem- pilotem lotniczym. Z Polaków byli obecni: Tyrmand, jego żona Barbara Hoff z „Przekroju”, Kalina Jędrusik, Kałużyński ze swą dziewczyną- Teresą Szreder /23 lata, absolwentka historii sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego, ojciec profesor tamże/, Matuszkiewiczowie, T/…/ i Janina Janicka- tłumaczka PAN, lat około 30, zam. W-wa ul. Długa 5. Poza Kałużyńskim pozostałych Polaków Hall już znał. Najładniejszą niewiastą była Teresa Szreder. Nią też od samego początku zainteresował się Hall. Starał się z nią umówić, lecz ona nie przyjęła jego propozycji. Obecnie nie ma już jej w Warszawie. Wyjechała do ojca do Wrocławia lub do rodziny do Krakowa. Do Warszawy prawdopodobnie już nie wróci.

Na „Justynie” i jej mężu Hall wywarł wrażenie osoby nie pasującej do dyplomacji. W towarzystwie jest raczej niepoważny. Myśli tylko o dziewczętach i tańcach. Dużo pije, lecz nie upija się. Rozmów wykraczających poza ogólne tematy nie wszczyna. Kolega jego dość szybko upił się i został wyłączony z towarzystwa. Żegnając się z gospodarzami Hall powiedział, że prześle im nowe zaproszenie na pokaz filmowy do Spatif-u oraz że zaprosi ich także do siebie. Do dnia 9 bm., kiedy to wyjechał do Londynu, nie skomunikował się jednak z nimi. O jego wyjeździe do Anglii „Justyna” dowiedziała się od znajomej.

W dalszej rozmowie „Justyna” powiedziała, że Chałasińska uprzedzała ją, że jeżeli nadal będzie chodzić z mężem na przyjęcia do różnych placówek zachodnich, to może spotkać się z przykrościami ze strony polskich władz. W związku z tym zostałem zapytany, jak faktycznie te sprawy wyglądają i czy mogą oni mieć z tego tytułu kłopoty. Wyjaśniłem, że jeżeli osoby kontaktujące się z dyplomatami państw zachodnich czują się Polakami, znają swoje miejsce w społeczeństwie i wiedzą, jak się zachowywać w rozmowie z cudzoziemcami, to nie muszą się obawiać niczego.

                        Na tym spotkanie zakończyłem.

            Uwagi

Tw. „Justyna” żadnych uwag w związku z wywołaniem z nią spotkania nie miała. Informacje przekazywała chętnie. Obcego języka nie zna, stąd ma bardzo ograniczone możliwości operacyjne.

Z uwagi na swojego męża- muzyka często razem z nim jest zapraszana na różnego rodzaju oficjalne przyjęcia do poszczególnych placówek dyplomatycznych. Mając powyższe na uwadze oraz możliwość otrzymania zaproszenia do Hall’a podałem jej swój telefon /451999- Leszek/ oraz uzgodniłem, że w wypadku otrzymania zaproszenia do któregoś z cudzoziemców lub przyjmowania ich u siebie w domu, skomunikuje się ze mną telefonicznie.

                                                                       St. ofic. oper. Wydz. VIII Dep. II MSW

Wyk. LS egz. 3

Egz. Nr 1 – t. tw                                                        L. Sitek – kpt.

Egz. Nr 2 – t. Donovan’a

Egz. Nr 3 – t. Hall’a

– k. 43 Notatka służbowa, Warszawa 13.11.1964 r., Tajne

            Dnia 12 listopada 1964 roku zadzwoniła do mnie tw. „Justyna” i prosiła o umożliwienie jej skontaktowanie się z panem Zbyszkiem /tow. Prekurat/. Gdy poinformowałem ją, iż przez pewien czas będzie on nieobecny w pracy- zwróciła się do mnie o pomoc w następującej sprawie.

            Dnia 14.XI.1964 roku razem z mężem zamierza wyjechać do Belgii. W Biurze Paszportów Zagranicznych poinformowano ją, że wydano już pozytywną decyzję co do jej wyjazdu, lecz paszportu do tej pory nie przesłano do KMO Warszawa. Ponieważ w soboty Wydział Paszportów nie przyjmuje interesantów- „Justyna” obawia się, że może nie otrzymać paszportu na czas i nie będzie mogła wyjechać razem z mężem, który wszystkie formalności ma już załatwione.

            Po porozumieniu się z tow. Kudłą skomunikowałem się z tow. Molendą w powyższej sprawie. Zostałem przez niego poinformowany, że „Justyna” paszport swój będzie mogła odebrać dnia 13.XI.1964 roku w Wydziale Paszportów Zagranicznych KMO Warszawa, po uprzednim okazaniu dokumentu dokonanej w banku opłaty za przejazd.

            Informację powyższą przekazałem „Justynie”. Za okazaną pomoc była bardzo wdzięczna. Uzgodniłem, że po powrocie do Warszawy skomunikuje się ze mną.

                                                                       St. ofic. oper. Wydz. VIII Dep. II MSW

Wyk. LS egz. 1

                                                                                            L. Sitek – kpt.

 

 

Reklamy

Tadeusz Płużański, czyli żyć po Bierucie

W wakacje, z braku lepszego zajęcia oglądałem program prowadzony przez Tadeusza Płużańskiego juniora pt. „O co chodzi?”. W studio Wyszkowski i Gwiazda, a w Bydgoszczy Rulewski. Pobocznie poruszono sprawę zatrudnienia SB-eków w warszawskim ratuszu. Wyszkowski nie omieszkał pochwalić się, że to gdański historyk ich ujawnił, bo w Warszawie… Ponieważ Płużański warszawskich historyków nie bronił, musimy to zrobić sami.

Tak się składa, że zajmowałem się już teczką Witolda Pileckiego pod kątem, kto go wydał. W teczce przewija się mnóstwo pseudonimów, więc tej odpowiedzi jeszcze długo nie poznam. Zainteresowała mnie także postać Tadeusza Płużańskiego- seniora. Zamówiłem kwerendę na jego temat i nie mogłem wyjść z podziwu nad jego mimikrą. Mimo ciążącego na nim odium zdrajcy i szpiega znakomicie poradził sobie w PRL- w okresie po 1956 r. Nie mogłem też zrozumieć, jak mógł się ożenić (po raz trzeci) z pracownicą WSNS (najmłodszym Czytelnikom rozwinę skrót: Wyższa Szkoła Nauk Społecznych przy KC PZPR- ten ostatni skrót drogie dzieci musicie sobie rozwinąć same). Odpowiedzi znalazłem w teczkach.

W biogramie cioci Wikipedii senior rodu przedstawiany jest jako antykomunistyczny bohater. To poziom oświaty publicznej, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Żeby podważyć treści humanistycznej części Wikipedii nie trzeba być z Gdańska. Poza flirtem Płużańskiego seniora z przodującym ustrojem pojawi się także wątek jego rejestracji w charakterze źródła UB. Jednak to nie on wydał Pileckiego i dowodów współpracy nie ma.

Najważniejszy dokument z 15.09.1955 r. poznałem wyłącznie w odpisie. O jego prawdziwość zapytałem znawcę tematu Płużańskiego juniora. Okazuje się jednak, że żaden program TVP nie jest w stanie mnie z nim skontaktować.

– k. 198 Odpis prośby do KC PZPR w Warszawie o rozpatrzenie sprawy, Wronki 15.09.1955 r.

            Wyrokiem Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie z dnia 15.III.1948 r. zostałem skazany na karę śmierci. Decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej karę tę zamieniono na karę dożywotniego więzienia.

            Obrońca w czasie przewodu sądowego określił fakt, iż znalazłem się na ławie oskarżonych jako „tragiczne nieporozumienie”.

            Tak jest w istocie.

            W chwili wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 r. byłem 19-letnim chłopcem, który dopiero zdał maturę, niezdecydowanym co do swego przyszłego losu. Współczucie dla biedaków, dla cierpień klasy robotniczej, z którymi się zetknąłem bezpośrednio mieszkając w robotniczej dzielnicy Warszawy przy ul. Czerniakowskiej 128 oraz za pośrednictwem rodziców, którzy pracowali jako nauczyciele w tej samej dzielnicy, skłaniało mnie do tzw. pracy społecznej w duchu „Judymowskich mrzonek” Żeromskiego, zmieszanych w nieskrystalizowaną całość z chrześcijańską zasadą „miłości bliźniego”.

            Wojna udaremniła te zamiary. Trzeba się było bić. Odbyłem kampanię wrześniową jako ochotnik. W bitwie pod Janowem Lub. 29 września otrzymałem ciężki postrzał prawego płuca, który pozbawił mnie możliwości walki z okupantem do grudnia 1939 r. W tym miesiącu wstąpiłem do grupy konspiracyjnej wydającej pismo „Polska Ludowa”. Wsypa w lutym 1940 r. położyła kres tej pracy. Pełniłem wówczas funkcje adiutanta Kotta ps. „Światowid”, który, o ile mi wiadomo, był dowódcą tej organizacji na Warszawę. W tym samym miesiącu wstąpiłem do organizacji „Tajna Armia Polska”, w której pełniłem różne funkcje, ostatnio przed aresztowaniem przez gestapo, w okresie scalania się licznych grup i organizacji podziemnych w ZWZ, a następnie AK, funkcje adiutanta batalionu.

            W dniu 11 listopada 1940 r. zostałem aresztowany przez gestapo pod zarzutem udziału w ruchu oporu. Przeszedłem śledztwo w Al. Szucha i na Pawiaku, i w gestapo w Grudziądzu, wreszcie jako „politycznie podejrzany”, bez udowodnienia mi przynależności do organizacji podziemnej zostałem przesłany do obozu koncentracyjnego Stutthof k. Gdańska. Przebywałem w nim jako więzień polityczny nr 10525 do dnia 9 maja 1945 r. to znaczy 4 i pół roku, do oswobodzenia obozu przez Armię Radziecką.

            Po wyjściu z obozu osiadłem w Sopocie. W Warszawie nie miałem już nikogo bliskiego: ojciec zmarł w więzieniu gestapo, brat został rozstrzelany za udział w akcjach AK, matka przebywała w obozie niemieckim z Zeitheim, wywieziona po powstaniu.

            W pierwszym okresie po wyzwoleniu byłem politycznie całkowicie zdezorientowany. Nie miałem pojęcia o walce, która się toczyła w łonie polskiego społeczeństwa w czasie okupacji i po wyzwoleniu, o racjach tej walki. Znałem wówczas tylko jedną walkę- z Niemcami, i jedną rację tej walki- Niepodległa Polska.

            Zdecydowały o mym pierwotnym nastawieniu hasła krzyczące z plakatu: „Śmierć bandytom spod znaku AK i NSZ”. W odrodzonej Polsce nazywano mnie bandytą, grożono mi śmiercią. Z pozycji niezdecydowanego zepchnięto mnie na pozycję wroga. Nawiązałem kontakt z likwidującą się już wówczas AK. Widząc stabilizację stosunków, początki odbudowy, ujawniłem się w jesieni 1945 r. Tymczasem matka moja powróciła z obozu. Chciałem się uczyć.

            Cóż z tego! W kilka dni zaledwie po ujawnieniu się otrzymałem z Woj. Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku zawiadomienia, iż mam się zgłosić do owego urzędu w celu złożenia wyjaśnień. Było to naruszenie przez WUB w Gdańsku umowy ujawnieniowej, zawartej pomiędzy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego a władzami AK, która przewidywała, iż ujawniający się nie będą zobowiązani do składania jakichkolwiek wyjaśnień. Podejrzewając, iż UBP w Gdańsku chce mnie aresztować, uciekłem z Wybrzeża i w ten sposób ujawnienie moje spaliło na panewce. Wyjechałem do Warszawy jako „nielegalny” człowiek. Tu napotkałem Witolda Pileckiego, pełniącego funkcję rezydenta wywiadu II Korpusu Andersa, byłego mego szefa z organizacji TAP z 1940 r., który dowiedziawszy się o mojej sytuacji, zaproponował mi wyjazd do Włoch i zawiezienie jego meldunku do sztabu II Korpusu. Propozycję tę przyjąłem. Z Woch przysłano mnie z powrotem do kraju z pieniędzmi i instrukcją dla podziemia. Miała nimi dysponować Jadwiga Mierzejewska ps. „Jadwiga”, „Danuta”, z którą przyjechałem. Moja rola była wyłącznie kurierska. W Kraju pośredniczyłem w przekazywaniu wiadomości z terenu MBP Witoldowi Pileckiemu ps. Witold. Były mój kolega z TAP Leszek Kudciński poznał mnie z oficerem MBP Wacławem Alchimowiczem, od którego wiadomości te otrzymywałem. Poza tym dopomagałem Pileckiemu w zestawianiu raportów wywiadowczych i wysyłaniu ich za granicę. Utrzymywałem łączność organizacyjną z szeregiem osób, z którymi następnie byłem razem sądzony. Działalność ta trwała do połowy kwietnia 1947 r., do chwili, gdy zerwałem kontakty organizacyjne i nie wykonałem rozkazu wyjazdu za granicę. Zgłosiłem się do WUB w Warszawie, by dopełnić formalności ujawnienia z 1945 r., zarejestrowałem się w RKU i Biurze Ewidencji Ludności. Byłem już poprzednio studentem Wydz. Prawno-Ekonomicznego Uniwersytetu Poznańskiego. Chciałem się uczyć.

            Wpłynęła na tę decyzję świadomość popełnionego błędu Kraj dźwigał się z ruin wbrew proroctwom emigracyjnym, wbrew naszej działalności podziemnej, zgodnie z zapowiedziami tych, którzy nim kierowali. Moja wiara w samodzielność i polskość polityki emigrantów, z którymi się związałem, okazywała się coraz jawniej bezpodstawną. Zrodziła się we mnie wątpliwość, że to, co robię, nie tylko nie ma nic wspólnego z patriotyzmem, lecz przeciwnie, jest zdradą interesów narodowych. Trzeba było przełamać w sobie opory, jakie stwarzały we mnie znane mi metody stosowane przez MBP i stanąć do pozytywnej pracy, jeśli nie chciało się stanąć poza życiem. Chociaż moje uświadomienie polityczne było nadal znikome, czułem, że racja Polski jest przeciwko mnie.

            W czasie przewodu sądowego prokurator zapytał mnie, dlaczego wobec tego nie skorzystałem w pełni z amnestii i ujawnienia z lutego 1947 r. Opowiedziałem: po pierwsze, amnestia ta nie obejmowała wywiadu; po drugie, wymagała od ujawniających się denuncjacji kolegów i dlatego była dla mnie nie do przyjęcia. Wydaje mi się, że dziś te powody są całkowicie zrozumiałe. Gdy czytam w Nowej Kulturze opowiadania, którego bohater woli zamordować swego brata-szpiega niż zadenuncjować go do UB, utwierdzam się w przekonaniu, iż droga powrotu do uczciwego życia nie mogła prowadzić dla mnie przez wydanie na śmierć i więzienie kolegów, z którymi dotąd wspólnie popełniałem przestępstwo (patrz Nowa Kultura z 24.VII.1955 r. nr 30).

            Dnia 26 kwietnia 1947 r. wziąłem ślub (kościelny) ze Stanisławą Skłodowską, studentką III roku medycyny UP. Zamieszkaliśmy z żoną w Puszczykówku k/Poznania, aby być daleko od wszelkich spraw podziemia. W kilka dni później, 6 maja 1947 r. nastąpiło w Warszawie, dokąd przyjechałem dla widzenia się z matką i na ostatnią rozmowę, już prywatną, z Pileckim, moje aresztowanie. Wkrótce aresztowano żonę.

            Rozpoczęło się śledztwo. Bito mnie niewiele. Czekało mnie coś znacznie gorszego. Ówczesny kierownik Wydz. Śledczego MBP płk Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną „szarpali”, gdy mogą wybić z kogo innego, co im potrzeba. Niestety, nie była to czcza pogróżka. Nie wiem dokładnie, jaki przebieg miało śledztwo mojej żony. Wiem natomiast, że bito ją i maltretowano, zalewano potokiem najordynarniejszych, rynsztokowych wymysłów, wśród których słowa „kurwa” należało do najprzyzwoitszych, że podeptano jej godność ludzką. Była w ciąży. Zamordowano płód, powodując poronienie. Zaniedbano zrobienie skrobanki, co pociągnęło za sobą wiele miesięcy trwające krwotoki. Doprowadzano ją do krańcowego wyczerpania psychicznego i fizycznego. Popadła wreszcie w rozstrój nerwowy, w którym bredziła, krzyczała, przerażona jakimiś zjawami, traciła świadomość. Nie trudno się domyślić, jaki był wynik takich metod śledztwa, połączonych z nieustannym szantażowaniem żony mym rozstrzelaniem, o ile ona nie podpisze każdego podsuwanego protokołu. Torturowanie żony służyło za narzędzie szantażu w stosunku do mnie. Płk Różański mówił: „Ona tu siedziała przed chwilą, na tym miejscu co ty, płakała, przeklinała siebie. Ratuj ją. Ty masz u mnie (?) i tak dwa wyroki śmierci, ciebie nic nie uratuje”. Nie pomagało, iż posiadano w ręku dowody mej winy, że przyznałem się do wszystkiego, żądano wciąż więcej i więcej.

            W wyniku tak przeprowadzonego śledztwa sporządzono akt oskarżenia, oparty w znacznej mierze na fałszu, na podstawie którego żona moja została skazana na 8 lat więzienia. W moim akcie oskarżenia, obok całkowicie uzasadnionych zarzutów, znalazły się zarzuty całkowicie fałszywe, jak rzekome współdziałanie w przygotowaniu zamachów na czołowe osobistości MBP (zakwalifikowane następnie jako przestępstwo z art. 13 dekretu z 13 czerwca 1947 r.- wyrok: kara śmierci) oraz potraktowanie mnie jako rezydenta obcego wywiadu (zakwalifikowane następnie jako przestępstwo z art. 7 dekr. z 13 czerwca 1947 r.- wyrok: kara śmierci), podczas gdy w istocie pełniłem w Wywiadzie II Korpusu funkcję kuriera, a następnie pośrednika w mechanicznym przekazywaniu wiadomości z rak do rąk oraz czysto mechaniczne czynności przepisywania na maszynie i ostatecznego formułowania raportów Witolda Pileckiego.

            W czasie koszmarnego pobytu mego na oddziale śledczym mokotowskiego więzienia nie zaniedbano więc żadnego środka, aby doprowadzić mnie do psychicznego załamania i samobójstwa albo do zahartowania nie nieprzejednanego wroga; uczyniono wszystko, aby wykazać, że moja działalność przeciwko Polsce Ludowej była słuszna, a decyzja zerwania z podziemiem pozbawiona racji i bezsensowna.

            W istocie byłem wtedy o krok od takich myśli.

            Nie poszedłem jednak za żadną z nich. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że ci łamiący prawo dręczyciele i sadyści są, jak to chełpliwie głosili, przedstawicielami Polski Ludowej, walczącego o lepszy świat proletariatu. Teraz wiem, że byli oni tylko produktem ubocznym wielkiego procesu społecznego, zanieczyszczającym ruch robotniczy, dziś odrzuconym precz.

            Jednakże, niezależnie od nadużyć w śledztwie i rozdęcia aktu oskarżenia do rozmiarów nieodpowiadających prawdzie, uważam, iż zostałem słusznie ukarany karą śmierci zamienioną następnie na karę dożywotniego więzienia. Byłem winien i zostałem ukarany tak, jak karzą wszystkie kraje i systemy za podobne przestępstwa w okresach podobnego napięcia walki klasowej i narodowej.

            Ułaskawienie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i zamianę kary śmierci na dożywocie przyjąłem z radosnym zdziwieniem.

            Taka jest moja subiektywna ocena mej winy i kary, jaką poniosłem, niezależna od śledztwa, aktu oskarżenia czy sądowego przewodu, co do których mam w dalszym ciągu istotne zastrzeżenia.

            Wiadomość dochodząca do mnie o wielkich budowach, o przekształcaniu się Polski w silny kraj przemysłowy, o zaktywizowaniu milionowych, dotąd społecznie biernych, mas biedoty, o przebudzeniu niebywałej aktywności twórczej narodu, pogłębiały we mnie nieustanne przeświadczenie o popełnionej zbrodni, powodowały coraz głębszą rozterkę. Nie jest rzeczą łatwą przyznać się uczciwie, przed samym sobą, do popełnienia zbrodni przeciwko swemu narodowi. Jest to tym bardziej trudne, gdy się widzi w koło siebie, a często odczuwa na własnej skórze, systematyczne niemal łamanie praworządności. Kiedy się słyszy pogróżki, że zgniję w więzieniu, kiedy w czasie inspekcji oficjalny przedstawiciel MBP oświadcza, że za dużo myślałem na wolności, a w więzieniu powinienem oduczyć się myśleć i dlatego jestem pozbawiony nie tylko książek, ale nawet gazet; kiedy autorytatywnie mi oświadczono, że jedyna droga rehabilitacji dla mnie, to „kapowanie”- donosicielstwo. A w takiej atmosferze upłynęły pierwsze lata mego pobytu w więzieniu. Gdybym się był wtedy poddał tej atmosferze, byłbym dzisiaj człowiekiem moralnie wykończonym, niezdolnym do rzeczywistego odrodzenia. Stałbym się może obłudną bestią, podłą i zakłamaną, spekulującą na doraźne korzyści i dobrą opinię kosztem często niewinnych zadenuncjowanych kolegów.

            Że się tak nie stało zawdzięczam przede wszystkim nie własnej odporności, lecz klasykom marksizmu, których dzieła zacząłem już wówczas czytać. Te pierwsze książki (Manifest Komunistyczny, I, II tom dzieł Lenina, Przyczynek itd.- Plechanowa) stały się dla mnie źródłem  moralnego i myślowego postępu. Odsłoniły mi one rąbek potężnego systemu, którego istnienia dotychczas nawet nie podejrzewałem, do tego stopnia żadne były moje wiadomości o naukowym socjalizmie.

            Na moją prośbę władze więzienne umożliwiły mi systematyczne studiowanie marksizmu, udzielając mi zezwoleń na dodatkowe korzystanie z książek polskich, rosyjskich i niemieckich („Kapitał” tom I, II, III) oraz na posiadanie w celi materiałów piśmiennych. Przestudiowałem dotąd znaczną ilość dzieł Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Plechanowa, Kautskiego, Garandy,ego, Cunoca i Schaffa i innych obok wielu różnych książek z dziedziny filozofii i ekonomii politycznej. Odnalazłem w nich to, czego poszukiwałem dotąd bezskutecznie: zwarty światopogląd przodującej klasy, który stał się moim światopoglądem; metodę naukowego poznania, która staje się moją metodą; rację, dla której życie nabiera wreszcie istotnego sensu i blasku; walkę o lepszą przyszłość już nie narodu tylko, a ludzkości, walkę bezwzględnie konieczną, o ile świat nie ma stać się wkrótce kupą krwawego gruzu. Ta walka stała się moją walką. Odnalazłem w nich rzeczywistą proletariacką etykę, opartą o poszanowanie i miłość człowieka; o kult pracy; solidarność w ostrej i nieprzejednanej walce z wszelkim wyzyskiem; wszelkim podeptaniem człowieka; etykę opartą o nakaz historycznych praw rewolucji proletariackiej i budowy komunizmu.

            Osobiste urazy znalazły wobec ogromu zjawiska, jakim jest rewolucja proletariacka, walka o postęp. Ale tym większą stawała się przeze mnie zbrodnia szpiegostwa. Tym głębsze było poczucie własnej winy i bezsensownie zmarnowanego życia. Tym jaśniejsza stawała się myśl, że prawdziwa i rzetelna droga do życia i rehabilitacji wiedzie przez usilną pracę dla dobra tego, co dotychczas zwalczałem, dla dobra socjalizmu. Ta myśl wynikała z uświadomienia sobie, że czuję się marksistą, z potrzeby naprawienia, przynajmniej w części, krzywd, jakich doznała ode mnie Polska Ludowa.

            Nie była to droga łatwa ani prosta, ani krótkotrwała. Ciągnęła się kilka lat; kosztowała wiele wysiłku, walk z tym, co było we mnie stare i dobrowolnie nie chciało ustąpić; wiodło przez głęboką rozterkę, rozpacz, niemal śmierć psychiczną, aż do świtu pierwszej jasnej i nowej myśli, za którą przyszło odrodzenie. Jedynym skutecznym wewnętrznym czynnikiem, który mi nieustannie dopomagał w przełamaniu największych przeszkód, była stała listowna wymiana myśli z żoną moją, która odbywała karę więzienia w Fordonie. Przechodziliśmy analogiczną przemianę i pomagali sobie wzajemnie. Najdobitniej okazało się to w kwestii stosunku do religii. W chwili aresztowania byłem człowiekiem nie tylko formalnie wierzącym, ale opierałem cały swój pogląd na świat, na politykę, etykę społeczną, życie ziemskie i pozagrobowe na podstawach katolickich. W miarę przyswajania sobie materialistycznego poglądu na świat spychałem sprawy religii na dalszy plan, odwlekałem moment decydującego starcia możliwie jak najdalej. Była to przeszkoda najtrudniejsza i najzacieklej broniona. Na myśl, że grozi mi utrata wiary w Boga, ogarniał mnie lęk i bywały takie chwile, że gotów byłem porzucić wszystko i zamknąć się w skorupie wiary. Anim przypuszczał, że religia może być tak znakomicie skutecznym środkiem ujarzmienia człowieka i już byłem daleko zaawansowany w marksizmie, a sprawy wiary lub niewiary pozostawały nierozstrzygnięte. W tym momencie żona zapytała mnie wprost: „Czy wierzysz jeszcze w Boga? Napisz!” Trzeba się było zebrać w sobie i ostatecznie rozstrzygnąć. Rozstrzygnąłem: nie wierzę. I odtąd wszystko wyklarowało się ostatecznie. Był to grudzień 1954 r.

            Z przysłowiową gorliwością neofity pragnąłem jak najszybciej wziąć czynny udział w życiu. Napisałem dwa artykuły („2 zagadnienia etyki osobistej” oraz „dlaczego skuteczność kontra uczciwość”), przeznaczone przeze mnie do druku w Nowej Kulturze. Okazały się nieudane. Wydz. Pol. Wych. Departamentu Więziennictwa MSW nie zaaprobował ich. W miarę możliwości, jakie można uzyskać w więzieniu, pracuję dalej nad sobą, uczę się i piszę z wiarą w to, że mój wysiłek przyda się nie tylko mnie, lecz być może wyniknie z niego jakiś, choćby minimalny, pożytek społeczny.

            Spotykam się czasem z niedowierzaniem, z podejrzewaniem nieszczerości, dwulicowości z mej strony, zdradzanym ironiczno-wątpiącym uśmiechem, gdy mówię np. że walka o socjalizm i postęp stała się moją walką, że związałem swe życie z komunizmem na każde warunki i na wszelkie okoliczności, i do końca moich dni.

            Dla tych wątpiących mam jedną odpowiedź: ugiąłem się nie przed ludźmi, lecz często wbrew ludziom, którzy nie raz reprezentując wobec mnie jako podejrzanego w śledztwie lub jako więźnia wielką ideę, w istocie działali na jej szkodę- złamała mnie, aby wśród męki niewypowiedzianej zwrócić życie oczyszczonego i odrodzonego, wielkość naszej idei, żelazna logika faktów. Ślubowałem w sobie wierność idei komunizmu, a nie ludziom, Partii, a nie jej poszczególnym członkom.

            Dnia 4 lutego 1955 r. zwróciłem się do Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z prośbą o zastosowanie w stosunku do mnie prawa łaski. Po kilku miesiącach otrzymałem z Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie zawiadomienie, że prośbie mojej „nie nadano dalszego biegu”. Wyobrażam sobie, że wypełnienie gotowego druku, zawierającego ten sakramentalny zwrot, nazwiskiem petenta, jest czynnością prostą i nie wymaga od wypełniającego większego wysiłku. Daleko więcej wysiłku wymagałoby oczywiście dostrzeżenie przez siatkę paragrafów i artykułów twarzy żywego człowieka, która, jak każda twarz ludzka, ma swe cechy indywidualne. W wypadku mojej prośby o łaskę paragraf (nieszczęsna siódemka) przysłonił człowieka. Od czasu popełnienia przeze mnie przestępstwa, od z góry 8 lat, zaszły w świecie olbrzymie zmiany, wyzwolono całe kraje i narody, zbudowano podstawy socjalizmu, wykonano gigantyczne plany, wzrastało i malało napięcie w międzynarodowych stosunkach, tysiące przestępców amnestionowano, tysiącom zrewidowano sprawy, zmniejszono wyroki; mylono się na najwyższych szczeblach i przeprowadzono samokrytykę, wreszcie ostatnio puszczono w niepamięć wszystkie zbrodnie popełnione na emigracji przeciwko Polsce Ludowej, a więc i szpiegostwo; zjawiają się w Kraju ci, którzy byli spirytus movens zbrodni popełnionych przez takich jak ja, wita się ich oficjalnie. Niewiele jest spraw i stanów, które nie uległyby takim czy innym zmianom. Do tych nielicznych należy niestety, mój wyrok, który niezmiennie i bezlitośnie skazuje mnie na dożywotne przebywanie w więzieniu. Samokrytyka nie jest dla mnie, zmiany kursów polityki nie są dla mnie, amnestie nie są dla mnie, prawo łaski nie jest dla mnie. Cóż pozostaje? Czy mechanicznie wypełniona kartka „prośbie waszej nie nadano dalszego biegu” nie jest powtórnym skazaniem mnie na śmierć, tym razem powolną, aż do skonania w murach więzienia? W tej decyzji człowiek nie znaczy wiele. Ważny jest za to paragraf- siódmy paragraf szpiegowski. Nieważna jest również zbrodnia- większe zbrodnie, w największej skali popełnione, nie 8 czy 9 lat temu i nie odcierpiane dawno, lecz te sprzed miesiąca, sprzed tygodnia, darowuje się i puszcza w niepamięć. Tu ważny jest paragraf, to on zasłania człowieka.

            Gdyby zestawić sprawę emigrantów, w stosunku do których postąpiono wspaniałomyślnie i humanitarnie, darowując im wszelkie winy i przekroczenia, z faktem „nie nadania dalszego biegu” mej prośbie o łaskę, dojść można zaiste do paradoksalnych i niewiarygodnych wniosków. Jak gdyby w nagrodę za trwanie w zbrodni przeciwko swemu narodowi, za judzenie do takiej zbrodni tysięcy Polaków, które trwało niezmiennie aż do 1955 r., do Konferencji Genewskiej, która rozwiała nadzieje na III wojnę światową, otrzymują emigranci możność powrotu do życia w Kraju. Jak gdyby za karę, że- nie na skutek kalkulacji politycznej, lecz z wewnętrznego przekonania, już w 1947 r. wiosną zerwałem z podziemiem; bez względu na bolesną, z górą ośmioletnią pokutę, jaką odbyłem; bez względu na zasadnicze zmiany mego stosunku do przestępstwa, do socjalizmu, do Polski Ludowej; bez względu na moją walkę z okupantem i męki obozu śmierci i śledztwa gestapo; bez względu na to wszystko suche, urzędowe zdanie: „prośbie waszej nie nadano dalszego biegu”, skazuje mnie na beznadziejne, dożywotnie więzienie. Gdybym był wtedy, w 1947 r., nie zerwał z podziemiem, wykonał rozkaz wyjazdu za granicę, dziś popełniwszy nawet cięższe przestępstwa jeszcze w 1955 r.- mógłbym powrócić do życia.

            Ale za emigrantami przemawia rozumna i humanitarna polityka naczelnych władz Partii i Rządu, przeciwko mnie jest bezdusznie i chciałoby się rzec biurokratycznie stosowany paragraf.

            Proszę Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej o rozpatrzenie mej sprawy i umożliwienie mi powrotu do wolnej pracy, do nauki, do rodziny w sposób, który KC uzna za właściwy. W wypadku, gdyby za właściwe uznał KC PZPR wniesienie przeze mnie ponownej prośby o łaskę do Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, proszę o przesłanie pod właściwy adres mej prośby, którą załączam do prośby niniejszej oraz o poparcie jej.

            Załączam poza tym moją odpowiedź-apel skierowany do emigracji polskiej. Jeżeli KC PZPR uzna to za celowe, proszę o opublikowanie tej wypowiedzi w prasie. Jako stały czytelnik „Trybuny Ludu”, „Trybuny Wolności” i „Nowej Kultury” chętnie bym widział opublikowanie mej wypowiedzi na łamach któregoś z tych pism. Apel ten jest zredagowany jako list do przyjaciela, z którym istotnie razem uciekaliśmy w styczniu 1946 r. z Polski, a który pozostał na obczyźnie.

                                                                                  /-/  Tadeusz Płużański

– k. 16 pismo do Wydz. II Dep. III MBP, Gdańsku 29.07.1947 r.,

            W odpowiedzi na Wasze pismo z dnia 11.VII.47 r. za Nr. D.B.1441/47 komunikujemy: dnia 3.IX.45 r. na zasadce [sic] w Oliwie został zatrzymany przez funkcjonariuszy tutejszego Urzędu ob. ob. PŁUŻAŃSKI TADEUSZ syn WACŁAWA, po przesłuchaniu w/w został zawerbowany pod pseud. „LECH”. Po niedługim czasie współpracy kontakt z nim został zerwany z powodu wyjazdu jego w niewiadomym kierunku.

            Wraz z niniejszym pismem przesyłamy w załączeniu protokoły przesłuchania w/w.

                                                                                  S z e f  WUBP w G d a ń s k u

p.o. Naczelnik Wydziału III                                        /-/ J a s t r z ę b s k i  ppłk

/-/ M a j e w s k i  por.

Odbito w 3 egz.

1 egz. – adres.

2 egz. – a/a

– k. 7 Streszczenie z 15.06.19.. r.

            Płużański zwierzył się, że pod koniec 1945 r. był aresztowany w Gdyni przez Urząd Bezpieczeństwa za przynależność do tajnej organizacji, jednak udało się mu się wprowadzić w błąd bezpieczeństwo i został zwolniony, lecz tego samego dnia ponownie był poszukiwany, ale zdążył wyjechać z Gdyni. W Bezpieczeństwie w Gdyni Płużański ma kolegę i chciałby siedzieć w Gdyni, a na pewno jego kolega ułatwiłby mu wyjście i odzyskanie wolności, gdyż jest osobistym jego przyjacielem i dobrym polakiem [sic].

Płużański mi mówił, że w śledztwie zapytywano go, czy prowadził wywiad w Wojsku Polskim, do czego nie przyznaje się, lecz nadmienia, że każdy członek nielegalnej organizacji, o ile ma zadanie zbierania wiadomości informacyjnych, to korzysta ze wszystkich uzyskanych informacji, czy to wojskowych czy politycznych. Płużański specjalnie zainteresowany był Bezpieczeństwem w Polsce, lecz nie uzyskał wiadomości o wojsku i innych. Płużański obawia się, że z powodu jego sprawy może mieć wiele przykrości min. Wasiak, gdyż on Płużański wykorzystywał szczere rozmowy i zwierzenia min. Wasiaka dla swoich celów organizacyjnych, o czem pisał w meldunkach i ustnie przekazywał „Witoldowi” i „Jadwidze”.

                                                           Sporządził: Sosnowski

Sporz. w . egz.                                    Zadanie:

Wyk. R.O.                                                      1 Rusinek

                                                                       2 oficer śledczy

Otrzymują:                                                     3 wyw. Wojskowy

1 płk R.

2 ppłk R.

3 ppłk L…

4 …

5 teczka

Ksiądz Stefan Wysocki- analiza przypadku kandydata

Wielokrotnie w mediach podawano o sposobie obrony obwinionego o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa „na prześladowanego” lub „na kandydata”, czyli „oni chcieli”, ale on się nie dał. W tej sprawie chciałbym oznajmić, że Instrukcja operacyjna SB również „kandydata” traktuje jako osobowe źródło informacji. Poniższe dokumenty stanowią tego najlepszy przykład. Ja do teczki ks. Wysockiego trafiłem poprzez fragment donosu w teczce księdza figuranta SOR. Formalnie ks. Wysocki nie był tw, ale materialny dowód współpracy (że podam za sądem) jak najbardziej.

Z nekrologów ks. Wysockiego zrozumiałem, że także walczył w Armii Krajowej. Po lekturze teczki przyznaję, że w PRL dobrze ten fakt zamaskował. W teczce doliczyłem się 13 rozmów Księdza z SB. Czy sądzą Państwo, że to represje??

– k. 9 Charakterystyka p.o. administratora parafii Wesoła ks. Stefana Wysockiego, Otwock 5.05.1972 r., Tajne

Ks. Stefan WYSOCKI /…/

            Przed 1939 r. w okresie okupacji i po wyzwoleniu działalności politycznej nie prowadził, nie należał również do organizacji polityczno-społecznych. Do 1949 r. był na utrzymaniu rodziców, po czym wstąpił do Seminarium Duchownego w Warszawie. Po ukończeniu Seminarium w latach 1954- 1957 pracował w parafii Sochaczew na stanowisku wikariusza. Od 1957 r. do stycznia 1972 r. przebywał w W-wie, gdzie pracował w różnych parafiach na stanowisku wikariusza, zajmując się głównie pracą wśród młodzieży akademickiej.

            Od 1967 r. prowadził Ośrodek duszpasterstwa akademickiego przy parafii Nawrócenia św. Pawła na ul. Grochowskiej 194/196. Pracował wyłącznie z młodzieżą akademicką zam. w Domu Akademickim na ul. Kickiego, a także przebywającą przy rodzicach w ilości ok. 150 osób. Młodzież podzielona była na 30-osobowe zespoły, z którymi duszpasterz spotykał się raz w tygodniu na konwersatoriach prowadzonych kolejno przez bardziej dojrzałą i wyrobioną młodzież. Prócz pracy ideowo-wychowawczej ks. Wysocki organizował dla tej młodzieży spotkania z biskupem z tytułu „opłatka”, organizował koncerty muzyki i śpiewu nowoczesnego w wykonaniu znanego na Śląsku ks. Sierki oraz systematycznie dla wyróżniających się osób organizował obozy letnie i zimowe, których koszt pokrywał z funduszu przeznaczonego na ten cel przez bpa Modzelewskiego.

            Rok rocznie udaje się w sierpniu z grupą młodzieży na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Ks. Wysocki miał specjalne pełnomocnictwa kard. Wyszyńskiego do pracy jako duszpasterz akademicki.

            Przebywając w parafii Nawrócenia Pawła miał konflikt z byłym proboszczem ks. Czapskim, który niezbyt pochlebnie wyrażał się o wikariuszach stojących w opozycji względem niego.

W dn. 16.VI.1968 r. ks. Wysocki wygłosił kilka kazań, w których jednoznacznie mówił na temat brutalnych rządów występujących w kościele. Były to aluzje do proboszcza parafii i przyczyniały się do zaostrzenia konfliktu. W tej sprawie wikariusz był u kardynała Wyszyńskiego ujawniając panujące w parafii stosunki.

            Biorąc udział w pielgrzymce pieszej do Częstochowy otrzymał od kardynała Wyszyńskiego polecenie, by roztoczył opiekę nad młodzieżą akademicką biorącą udział w pielgrzymce.

W 1971 r. zorganizował młodzieżową grupę, która została wykorzystana do remontu kościoła parafialnego w Magdalence pow. Piaseczno, zatrudnieni byli tam około 1 tygodnia. W okresie 5.X.71 r. do 4.XI.71 r. przebywał we Włoszech, gdzie brał udział w uroczystościach beatyfikacyjnych O. Kolbe. W tym czasie brał też udział w kilkudniowej pielgrzymce do Izraela, która była zorganizowana przez zakon Franciszkanów. Ks. Wysocki w styczniu 1971 r. był podejrzany o kolportaż bliżej nieznanej plotki wśród pracowników „Delikatesów” na Nowym Świecie. W związku z tym została przeprowadzona rozmowa, w czasie której wyjaśnił, że jest ona kolportowana przez czynniki państwowe w celu rozładowania niebezpiecznej atmosfery w społeczeństwie powstałej w wyniku wydarzeń na Wybrzeżu.

W styczniu 1972 r. ks. Wysocki skierowany został przez Kurię na administratora parafii Wesoła dek. Rembertów. Zaraz po przybyciu zorganizował kulig dla studentów z W-wy. Przystąpił do remontu plebanii bez zezwolenia. Do parafii sprowadził zakon żeński w liczbie trzy osoby. Zabiega o zezwolenie na wykończenie rozpoczętej budowy przez b. proboszcza ks. Rutkowskiego /domu mieszkalnego z przeznaczeniem dla sióstr zakonnych/. Podczas kazań i w rozmowach indywidualnych krytykuje b. proboszcza za rzekomo bardzo zaniedbaną pracę duszpasterską w parafii. Ks. Karolak v-ce dziekan wypowiedział się, że Wysocki jest pochodzenia semickiego. Dziekan ks. Urcus obawia się ks. Wysockiego stwierdzając, że od niego należy się uczyć.

Księża dekanatu rembertowskiego wszyscy są zgodni co do tego, że ks. Wysocki przysłany został do parafii Wesoła, by pokazać nowy styl pracy. Wysocki jest człowiekiem bardzo przebiegłym, unika kontaktów z księżmi. Utrzymywać ma bezpośredni kontakt z kardynałem Wyszyńskim, którego jest pupilem.

Ks. Wysocki aktualnie prowadzi rozeznanie w parafii pod kątem zorganizowania młodzieży studenckiej. Posiada bardzo dobre warunki lokalowe, dużą plebanię i dużą, urządzoną świetlicę.

Wyk. 2 egz.     

Egz. Nr 1 – Wydz. IV

Egz. Nr 2 – TEO

                                                                                  Insp. Oper. SB w Otwocku

                                                                                              por. M. Kaniewski

[dopisek- W dniach 6-7.V.72 r. brał udział w zjeździe duszp. Akademickiego w Częstochowie, opiekował się grupą młodzieży akademickiej z Wwy.]  

– k. 84 Notatka służbowa z rozmowy sondażowo-rozpoznawczej przeprowadzonej z p.o. administratora parafii Wesoła ks. Stefanem Wysockim, Warszawa 15.01.1973 r., Tajne, Egz. poj.

            W dniu 13 stycznia br. przeprowadziłem rozmowę z ks. Wysockim, który w najbliższych dniach ma być przez Wydział Wyznań zatwierdzony na proboszcza parafii Wesoła.

            Ks. Wysocki, któremu przedstawiłem się jako funkcjonariusz wojew. Służby Bezpieczeństwa, przyjął mnie w kancelarii parafialnej, a następnie zaprosił do jadalni, gdzie podjął kawą i ciastkami.

            W serdecznej i swobodnej rozmowie poruszyliśmy szereg tematów dot. życia parafialnego i osoby rozmówcy. Na interesujące mnie zagadnienia ks. Wysocki udzielił następujących wyjaśnień:

W parafii Wesoła przebywa od stycznia 1972 r., został tutaj skierowany przez Kurię, aby uzdrowić stosunki między parafianami a „księżmi” po incydencie, jaki zaistniał z poprzednim proboszczem ks. Rutkowskim, którego parafianie wyrzucili na skutek antagonizmów wynikłych z winy tylko i wyłącznie poprzednika. Rozmówca nie chciał wyjaśniać podstaw konfliktu, gdyż, jak nadmienił, nie jest na tyle zorientowany, aby móc oceniać sytuację z tamtego okresu. Sytuacja konfliktowa narastała z biegiem lat, wyniknęła na skutek traktowania przez ks. Rutkowskiego wiernych i współpracujących z nim wikariuszy i zakonnic.

W 1967 r. ks. Rutkowski w porozumieniu z kurią sprowadził do pomocy na parafii zakonnice, których zadaniem było prowadzenie działalności wyłącznie porządkowej w kościele i pracy w prowadzeniu gospodarstwa. Ks. Rutkowski popadł z nimi w konflikt i wyrzucił z parafii, nastąpił bałagan, nie miał kto sprzątać w kościele, jak również stracono więź z parafianami, która podtrzymywały zakonnice. Parafianie domagali się czystości w kościele i wokół niego, ks. Rutkowski nie umiał z tego wybrnąć. Już w 1965 r. bp Modzelewski nakłaniał ks. Rutkowskiego, aby złożył podanie o przejście na inną placówkę, lecz Rutkowski nie usłuchał dobrych rad. Finał znany wszystkim, ks. Rutkowski zmuszony przez parafian opuścił parafię Wesoła i zamieszkał na terenie Warszawy. Otrzymał mieszkanie, jednak w dalszym ciągu nie wyprowadza się z plebanii, blokuje cztery pokoje, przechowując w nich meble. Rozmówca nadmienił, że nie ma sposobu na wyprowadzenie ks. Rutkowskiego, kuria chce załatwić sprawę kulturalnie, bez egzekucji, oczekuje na dobrą wolę ze strony Rutkowskiego. Parafianie kilkakrotnie usiłowali samowolnie „spakować” rzeczy ks. Rutkowskiego i wywieźć mu do Warszawy, lecz rozmówca hamował ich zapędy, chcąc rozwiązać sprawę spokojnie. Sam mieszka w kancelarii parafialnej, gdyż nie ma pomieszczenia dla siebie, zwracał się pismem do kurii o spowodowanie rozwiązania sytuacji i zmuszenia ks. Rutkowskiego do wyprowadzenia, otrzymał pisemną odpowiedź, że ks. Rutkowski nie wyraża zgody na opuszczenie mieszkania w Wesołej. Upór ks. Rutkowskiego w omawianej kwestii podyktowany jest tym, że on uzurpował sobie prawo do prywatnej własności plebanii twierdząc, że ją budował i jako prawnik z wykształcenia ocenił, iż następcy powinni od niego zakupić budynek plebanii.

Ks. Rutkowski aktualnie nie zajmuje się pracą duszpasterską, kuria proponowała mu parafię, lecz nie wyraził zgody, chce pracować społecznie w „Caritasie”. Otrzymał dość wysoką rentę i nie chce zajmować się pracą duszpasterską.

            Omawiając sprawę przeprowadzenia remontów na terenie plebanii bez zgody władz rozmówca wyjaśnił, iż w sprawie zezwolenia na adaptację pomieszczenia z przeznaczeniem na WC i łazienkę otrzymał odpowiedź ustną, że tak drobne prace może sam wykonać nie zwracając się pismem. Dopiero gdy zwrócił się z podaniem o przydział rur kanalizacyjnych, narobiło się wiele szumu, przyjechał architekt powiatowy z pretensjami, że bez zezwolenia dokonuje remontu plebanii. Poza tym plebania nie posiada pralni ani suszarni, a przecież prać trzeba i w tym celu zamierzał zrobić ze strychu suszarnię. Prace wstrzymał na skutek interwencji władz i oczekuje na zezwolenie. Dokonał również zabezpieczenia budynków gospodarczych, wstawiając okna i drzwi, dodatkowo pokrył dachówką kościół zabezpieczając przed zaciekami. Nie może rozpocząć remontu dachu plebanii, gdyż blokujące pomieszczenia mieszkalne przez ks. Rutkowskiego utrudniają prace remontowe. Wokół kościoła, jak nadmienił, jest sporo do wykonania, potrzeba skończyć ogrodzenie, na co musi uzyskać zezwolenie władz, gdyż nie otrzyma przydziału płyt betonowych.

Dalej rozmówca wyjaśnił, że wszelkie próby uzyskania zezwoleń na prowadzenie remontów rozpocznie po zatwierdzeniu go przez władze świeckie na stanowisko proboszcza. Przyznałem rację rozmówcy twierdząc, że w tej chwili nie jest ta sprawa uregulowana i nie może podejmować samowolnie żadnych prac remontowych.

            Następnie poruszono temat obsady kadrowej w parafii, ks. Wysocki wyjaśnił, że posiada do pomocy dwóch wikariuszy, jeden zamieszkuje w plebanii, drugi dojeżdża. Poza tym sprowadził, ponawiając umowę kurii ze zgromadzeniem zakonnym w Raciborzu, dwie zakonnice, które wykorzystuje do prac porządkowych przy kościele. Do katechizacji nie wykorzystuje zakonnic, gdyż są do tego wikariusze, a poza tym za niski poziom reprezentują  zakonnice. Nie zamierza rozszerzyć stanu … zakonnic, gdyż nie ma takiej potrzeby, pozostaną jak dotychczas dwie.

            Rady parafialnej nie powoływał i nie zamierza w najbliższym czasie powołać, jeżeli potrzebuje jakieś pomocy fachowej, wie do kogo należy się zwrócić i sam rozstrzyga wszelkie sprawy. Czynnikiem wpływającym na to, że rady nie powołuje, jest sytuacja w parafii, nie chce ponownych zadrażnień między członkami nowej rady a starą kadrą. Spotkał się kilkakrotnie z uwagami ze strony wiernych, iż wszyscy księża są jednakowi i oceniają ich na podstawie ks. Rutkowskiego, który dobrze dał się im we znaki. Rozmówca próbuje wyjaśniać te sprawy i nawet ze skutkiem, broni poprzednika tłumacząc go podeszłym wiekiem.

            Bp Miziołek podczas pobytu w Wesołej w październiku ub. roku podkreślił w przemówieniu zasługi ks. Rutkowskiego, jednak z uwagi na niedawny konflikt z parafianami nie mógł zbyt wiele o nim powiedzieć. Rozmówca nie mówił w ogóle o poprzedniku, gdyż był w trudnej sytuacji, księża z dekanatu mieli do niego pretensję, że nie podkreślił zasług poprzednika.

            Omawiając działalność ks. Wysockiego na odcinku młodzieżowym wspomniałem o zjeździe młodzieży, jaki zorganizowano w Wesołej 1.X.72 r. Rozmówca wyjaśnił, że nie on był organizatorem tego „nieudanego” zjazdu młodzieży, a zasługi te winien przypisać sobie ks. Urcus- dziekan, którego konikiem są zjazdy młodzieżowe. Jego parafię wybrano ze względu na teren, położona w lesie, zjazd miał na celu modlitwy przed nowym rokiem szkolnym. Zdaniem rozmówcy, jeżeli tego rodzaju zjazdy mają być nieudane, to lepiej ich w ogóle nie organizować. Nie przewidziano zasadniczej sprawy tj. odpowiedniej pory roku, spowodowało to małą frekwencję, jak również nie dopięto strony organizacyjnej. Zjazdy tego rodzaju w ramach dekanatu będą organizowane co rok, czy w tym roku również wybiorą jego teren, tego nie [wie], ale przypuszcza, że na najbliższym zebraniu dekanalnym sprawa ta zostanie omówiona. Przekonywał mnie, że nie on był organizatorem, gdyż jego specjalność to akademicy, a nie młodzież licealna, [a] taka uczestniczyła w zjeździe październikowym. Na odcinku młodzieżowym nie widzi perspektyw pracy w Wesołej, młodzież z tego terenu szuka rozrywek w Warszawie i tam je znajdują. Poza tym, jak twierdzi, jest dużo pracy na innych odcinkach w parafii, tak że nie będzie mógł wiele czasu poświęcać na sprawy młodzieżowe. Nadmienił, że duszpasterz akademicki i młodzieżowy musi wyłącznie poświęcić się pracy z młodzieżą i wówczas ma wyniki, natomiast przy innych obowiązkach praca ta kuleje. Dotychczas nie zorganizował młodzieży przy kościele w Wesołej, stracił również ścisłą więź ze studentami, ocenia, że praca z młodzieżą nie jest sprawą łatwą, wymaga dużego poświęcenia kosztem swojego czasu.

            W dalszej rozmowie ks. Wysocki poruszył sprawę zatwierdzenia go na proboszcza przez Wydział Wyznań nadmieniając, że był kilka razy w Wydziale Wyznań, rozmawiał z panem Budzyńskim, który zalecił mu utrzymywanie kontaktów z miejscowymi władzami. Rozmówca stwierdził, że utrzymuje kontakty, rozmawiał z Przew. Pow. RN w Otwocku, ale chyba nie wymagają od niego, aby zamieszkał w Otwocku. Kontaktów nie unika, odwiedził miejscowy Post. MO, zapoznał Przew. PMRN w Wesołej, stara się być lojalnym.

            W czasie trwającej rozmowy do jadalni wszedł wikariusz, ks. Wysocki głośnym tonem powiedział, że chciałby, abym obejrzał teren. Wówczas wyszliśmy z plebanii, ks. Wysocki oprowadził mnie po posesji pokazując prace, jakie wykonał i co planuje. W czasie spaceru uzgodniliśmy, że nasz kontakt podtrzymamy, prosił, aby odwiedzić go w lutym, w godzinach rannych, terminu nie uzgadniałem. Na tym w zasadzie rozmowę zakończyliśmy.

WNIOSKI: Z pierwszej rozmowy wywnioskowałem, ze ks. Wysocki starał się wywrzeć jak najlepsze wrażenie, w rozmowie był wylewny, choć niezupełnie szczery w kwestii spraw młodzieżowych. Na propozycję utrzymywania kontaktów ze mną wyraził zgodę. Oceniam go jako człowieka inteligentnego, fanatykiem religijnym nie jest, czuje się pewny na swoim stanowisku twierdząc, że kuria i tak o nim nie zapomni, jeżeli by nie został zatwierdzony na proboszcza. Uważam, że podtrzymywanie kontaktu z w/w może przynieść korzyści operacyjne z uwagi na jego funkcję w Komisji Duszpasterstwa Akademickiego. Ze względu na charakter rozmowy /rozpoznawczy/ nie poruszałem zagadnień związanych z jego pracą w duszpasterstwie akademickim.

PRZEDSIĘWZIĘCIA: ks. Wysockiego zarejestrować w Wydziale „C” jako kandydata na TW.

                                                                       Insp. Wydz. IV

                                                                       Por. Z. KORONOWICZ       

– k. 108 Notatka służbowa ze spotkania z kandydatem na tw ps. „Akademik” odbytego 22.01.1974 r., Warszawa 24.01.1974 r., Tajne, Egz. Nr 1

            Kandydat oczekiwał mnie w kancelarii parafialnej, na wstępie oznajmił, ze posiadanie przez niego telefonu pozwoliło nam na wcześniejsze uzgodnienie spotkania bez narażanie mnie na niepowodzenie przy składaniu wizyt bez zapowiedzenia.

            We wstępnej fazie rozmowy omówiliśmy sprawy dot. wewnętrznej kraju omawiane na ostatniej sesji Sejmu. Rozmowa miała charakter luźnej wymiany zdań, bez wdawania się w szczegóły. Następnie „Akademik” przerwał tok dyskusji nadmieniając, że to był wstęp, ale moja wizyta, poza ogólnymi sprawami i czysto gościnnymi odwiedzinami, niewątpliwie ma cel. Oznajmiłem, iż faktycznie chciałem wyjaśnić niektóre problemy dot. jego spraw osobistych związanych z tematyką, jaką omawialiśmy ostatnio. Dodałem, że nurtujący go problem założenia telefonu wreszcie został załatwiony, niewątpliwe ułatwi to nasze kontakty. „Akademik” odrzekł, iż jest zadowolony z kontaktu ze światem, lecz jeszcze są sprawy, które stały się kością niezgody między nami. Wyjaśniając dodał, że w dalszym ciągu wstrzymywana jest sprawa zezwolenia na kontynuowanie prac adaptacyjnych strychy na plebanii oraz na ogrodzenie terenu. Ogrodzenie jest konieczne z uwagi na ochronę dobytku przed kradzieżami. Kontynuując „Akademik” poinformował, iż otrzymał pismo z Urzędu Powiatowego w Otwocku informujące go o przekazaniu sprawy w/g kompetencji do Wojewódzkiego urzędu. „Akademik” wykazał swoje oburzenie wyjaśniając, że takie postępowanie z jego osobą jest niepoważne albo terenowe władze w Otwocku nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia albo umyślnie traktuje się go jak „durnia”. Najpierw sprawa była w Warszawie i pozytywna decyzja przesłana do Otwocka, obecnie, jak piłeczka pingpongowa, z powrotem do Warszawy. Kilkakrotnie był w Wydziale d/s Wyznań i upominał się o załatwienie sprawy, jednak dostał policzek od kanclerza Olszewskiego, który zwrócił mu uwagę, aby nie naprzykrzał się w Wydziale Wyznań, bo i tak nic nie załatwi. Olszewski dał do zrozumienia, żeby nie płaszczył się przed władzami. W tej sytuacji postanowił czekać aż pomyślny wiatr zawieje. Jest zniechęcony- powiedział- warunkami i trudnościami, na jakie napotyka w miejscu pracy, chętnie by stąd odszedł.

            Znając decyzję zespołu powiatowego z Otwocka w sprawie adaptacji strychu /wydać zezwolenie pod warunkiem, że zwróci się za pośrednictwem kurii/ podpowiedziałem rozmówcy, aby zwrócił się do kurii w przedmiotowej sprawie, wówczas kuria wystąpi oficjalnie do władz. „Akademik” oświadczył, dziwne zajmuję stanowisko w jego sprawie, skoro na początku p. Budzyński z Wydziału Wyznań proponował mu ominięcie kurii dla przyspieszenia biegu sprawy. Proszę zdawać sobie sprawę- powiedział rozmówca- iż po uwadze, jaką otrzymałem od Olszewskiego, nie będę miał śmiałości wystąpić o interwencję, czyżby ze mnie starano się kpić- kontynuował. A nawet gdybym nie zważał na swoją godność i postawił się w oczach kurii jako głupi naiwniak, to i tak sprawa byłaby załatwiana od początku, od początku dokumentacja i cały proces, który został już załatwiony poza kurią. Mogę w tej chwili- powiedział- dać panu pisemne zapewnienie, że na inny cel jak gospodarczy, nie wykorzystam adaptowanego strychu, klasztoru tutaj nie założę na pewno.

Wyjaśniłem, iż mam do niego na tyle zaufania, że nie musi składać pisemnych oświadczeń, jestem przekonany, że jest w rozmowie szczery i darzy mnie zaufaniem. Rozmówca oświadczył, że w poprzednich rozmowach starałem się wybadać, jakie on ma rzeczywiście plany co do przeznaczenia pomieszczeń na strychu plebanii. Byłem i jestem przekonany- nadmienił- że moja rola jest koordynowana z władzami, bo po moim ostatnim odejściu przyszedł architekt i dokonywał wizji lokalnej. Wyprowadziłem rozmówcę z błędu tłumacząc, że gdyby tak było, to po co w jednym dniu z różnych instytucji odwiedzaliby go w celu badania poddasza. To był zbieg okoliczności, a poza tym fakt zainteresowania mojego wypływał z czystej ciekawości i dla samego siebie chciałem wyciągnąć wnioski i określić przypuszczalny powód wstrzymywania zezwolenia. Moja rola- oświadczyłem- jest inna, chcę mu pomóc, bo darzę go sympatią, przyszedł na placówkę trudną i bez doświadczenia w pracy na samodzielnym stanowisku. Wierzył, że wszystko odbywać się będzie bez przeciwności, że realizował będzie swoje plany bez przeszkód. „Akademik” ustosunkowując się do mojej pomocy zaznaczył, że na pewno nie wypływa ona z czystej sympatii i nie jest ona bezinteresowna. Wyjaśniłem, że byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że jest inaczej, ale żyjąc sam, mało może zrealizować, odcinając się ode mnie zrobi błąd, dlatego lepiej będzie- powiedziałem- jeżeli mi zaufa i każdą sprawę będzie uzgadniał ze mną.

Rozmówca odpowiedział, czy można mieć do władz zaufanie, skoro tak traktuje się człowieka w sutannie, uważanego za wroga ideologicznego, choć oceny- zaznaczył- mogą być mylne, jeżeli chodzi o niego, jestem synem robotnika, żyję w państwie demokratycznym.

Kontynuując dialog wyjaśniłem, [że] sprawa wygląda inaczej, nie wszyscy tak uważają, przynajmniej hierarchia jest innego zdania, a z tego tytułu księża realizując politykę episkopatu narażają się władzom terenowym. Łatwiej będzie- powiedziałem- jeżeli będzie przestrzegane prawo i istniejący porządek, wychodzę z założenia, że kto jest przeciwko nam, ten napotykać będzie na trudności, bo nie można pomagać ludziom nam obcym. „Akademik” zaznaczył, lojalnością swoją nic nie zyskał, chce przestrzegać prawa i przepisów, pokornie czeka na decyzje, zdaje sobie sprawę, że walką nic nie wskóra. Dodał, że co do jego lojalności chyba nie mam żadnych wątpliwości? Nie mam, odpowiedziałem i dlatego będę robił wszystko co w mojej mocy, by pomóc mu w rozwiązaniu problemu. Niemniej jednak- chcąc w jakiś sposób wytłumaczyć taktykę władz w jego sprawie- wyjaśniłem, że w/g mojego przypuszczenia nie wygląda to na dokuczanie, ale z chwilą objęcia placówki nie był zorientowany o sposobie załatwiania spraw związanych z inwestycjami i samowolnie rozpoczął prace przy adaptacji strychu, czyli popełnił czyn niezgodny z prawem, a więc stwierdzić można, że został łagodnie potraktowany za wykroczenie poprzez wstrzymywanie odblokowania remontu. Rozmówca dodał, coś za długo ta kara trwa, ale powinni mi powiedzieć wprost „zostałeś ukarany”, chętnie bym przyjął karę mandatu i zakaz wybudowania ogrodzenia wokół plebanii. Zauważyłem, że ta argumentacja trafiła do rozmówcy, nieco zmienił ton, prosił tylko, aby zwolnić go ze zwracania się z tą sprawą do kurii, gdyż nie chce tam tracić szacunku.

            W dalszej rozmowie starałem się wyrobić u „Akademika” przekonanie, iż moja rola nie polega na wyszukiwaniu u niego błędów w postępowaniu, hamowaniu jego działalności, chcąc tym samym wyrobić u niego pozytywny stosunek do Sł. Bezp. Poruszyłem sprawy jego działalności na odcinku młodzieżowym w duszpasterstwie akademickim. Wyjaśniałem, że moje pytania i sondaż nt. pracy z młodzieżą, prowadzoną przez niego, nie miały na celu robienia mu uwag, że zbyt gorliwie zajmuje się tymi zagadnieniami, ale starałem się zorientować, czy robi to zgodnie z ustawą o zgromadzeniach, czy zwraca się o zezwolenie do władz na zorganizowanie obozów itp. Zdaję sobie sprawę- wyjaśniłem- że on pracując przez kilka lat z młodzieżą, pracy się takiej nie wyzbędzie, nikt nie ma o to pretensji. Rozmówca wtrącił, przecież w KSMO zastrzeżono mi, abym nie uczestniczył w pielgrzymce z grupą akademicką. Zapytałem, czy po tym zastrzeżeniu nigdy już nie uczestniczył w pielgrzymce, wyjaśnił- tak uczestniczyłem. Rozmówca dodał, że obecnie wiek i kłopoty nie pozwalają mu na intensywną pracę z młodzieżą, odcinek jest ciekawy.

            Pozostając przy problemie duszpasterstwa akademickiego, wykazałem rozmówcy szkodliwą działalność na tym odcinku ze strony ks. Kornasa z Siedlec. „Akademik” wyjaśnił, iż Kornas to indywidualność, nie jest lubiany przez księży, a nawet w kurii siedleckiej za stosowane metody pracy, chętnie pozbyliby się takiego człowieka, ale wówczas byłby stracony jako ksiądz. Kornas ma specyficzny sposób pracy z młodzieżą, były komentarze wśród akademików, że nie lubią go za zbyt otwartą wrogość. Diecezja siedlecka- zaznaczył rozmówca- różni się od warszawskiej pod względem aktywności religijnej społeczności podlaskiej. Tam jest 90% ludzi wierzących i oddanych kościołowi, praca duchownych jest tam łatwa i owocna. Kornas, z tego co wie „Akademik”, nie jest groźny dla nas, gdyby przyszedł inny i stosował utajone formy pracy przy kształtowaniu postaw przyszłej kadry nauczycielskiej, o wiele więcej kłopotów by uczynił dla władz. Kościół nie zrezygnuje- oświadczył „Akademik”- w prowadzeniu odpowiedniej pracy wśród kadry, która będzie kształtować postawy światopoglądowe, dlatego tak rozwijana jest działalność Kornasa. Działa on nie tylko w Siedlcach, ale i w Warszawie przy kościele św. Anny.

Na zakończenie „Akademik” stwierdził, Kornas prowadzi działalność wymierzoną przeciwko ideologii materialistycznej i przyznał, ze nam wyrządza on szkodę w kształtowaniu światopoglądu studentów. Naśladowców Kornasa- dodał- na pewno nie macie, to jest indywidualność.

            Dalej „Akademik” poruszył temat ideowości wśród młodzieży, oznajmił, iż zanikł w ogóle duch pracy społecznej, popełniono wiele błędów na tym odcinku płacąc za pracę społeczną. Brak jest idei, dla której młodzież miałaby zryw. Wiele się teraz na tym odcinku robi, ale długo czasu upłynie, by doszło do aktywności społecznej na przykładzie b. ZMP. Dzisiaj młodzież chce się bawić, jeździć samochodami, narkotyzuje się, nie żyje żadnymi ideami. Bardzo dobrze się stało- oświadczył rozmówca- że Państwo ograniczyło hulanki młodzieńców poprzez podwyżkę cen na benzynę. Przestaną się bawić i brawurowo jeździć samochodami tatusiów. Przyzwyczaili się do bezdusznego życia. Po podwyżce cen na benzynę samochód będzie służył dla pracy, a nie, jak dotąd, dla przyjemności. Kontynuując temat regulacji cen poinformował, że księża akceptują taką regulację, natomiast społeczeństwo spodziewa się jeszcze innych nieoficjalnych podwyżek na artykuły pochodne tj. chemiczne. Nie powstrzyma to jednak ograniczenia spożywania alkoholu, zwiększy budżet państwa a zmniejszy stopę życiową w rodzinach alkoholików. Tylko prohibicja rozwiąże sprawę alkoholizmu, na taką koncepcję jednak państwo nie pójdzie.

            Następnie rozmówca pozytywnie ocenił artykuły w prasie mówiące o rodzinie i hasła podtrzymujące jedność w tej rodzinie. Wskazał, że treści z tych artykułów można wykorzystać do kazań jako ewangelia. Państwo dostrzegło w porę ujemne zjawisko, jakie coraz bardziej występowało na tym odcinku tj. brak miłości w rodzinie i tutaj są zgodne teorie Kościoła i Państwa. Zaznaczył, że jest wiele wspólnych celów np. z młodzieżą, kształtowanie idei to jest problem nadrzędny, mimo rozbieżności na tym odcinku należy tylko przyklasnąć, że dostrzeżono ten problem.

            Przy końcu rozmowy kandydat wrócił do sprawy zezwolenia i prosił o wstawiennictwo w jego sprawie. Zaznaczyłem, że zrobię wszystko, by udzielić mu pomocy, uzgodniliśmy spotkanie za dwa tygodnie.

UWAGI: Z „Akademikiem” prowadziłem dialog ok. 2 godzin, był gościnny zorganizował poczęstunek kawą i ciastem. Przy końcu spotkania odprowadził mnie poza teren plebanii, co czynił na początku naszej znajomości, lecz później zaniechał tej formy.

Proponuję, by sprawę zezwolenia na adaptację strychu oraz ogrodzenia terenu plebanii zawnioskować pozytywnie. Sprawa ta ciągnie się już od dwóch lat, a „Akademik” dał dowód, że stara się przestrzegać obowiązujące przepisy budowlane i nie podjął samowolnych działań. Przedłużanie takiego stanu rzeczy może doprowadzić do zmiany metod działania „Akademika” i nie będzie się liczył z decyzjami władz. Nie widzę celowości, by nadal hamować inicjatywy „Akademika” w tym zakresie, gdyż nie jest ona szkodliwa, załatwienie tego problemu ułatwi mi tylko proces zbliżenia kandydata.

PRZEDSIĘWZIĘCIE:

– dane o komentarzach w sprawie regulacji cen wykorzystać do informacji

– ocenę ks. Kornasa przekazać grupie siedleckiej

– zwrócić się do kierownictwa Wydziału o pomoc w rozwiązaniu problemu kandydata na TW ps. „Akademik”

2 egz. 

t. kandydata                                                  por. Zb. KORONOWICZ

wyciągi

/…/

– k. 130 Notatka służbowa ze spotkania odbytego 16.10.1974 r. z kandydatem na tw ps. „Akademik”, Warszawa 18.10.1974 r., Tajne, Egz. poj.

I UZYSKANE INFORMACJE

– Ks. DZIEDZIC odszedł z parafii Wesoła na własną prośbę, zabiegał w kurii o przeniesienie motywując chęcią rehabilitacji. Wyszedł bowiem z założenia, iż ponosi winę za wytworzoną sytuację w Mogielnicy, a w Wesołej nie bardzo widział możliwości zrehabilitowania się. Kuria przychyliła się do jego prośby i dokonała wymiany wikariuszy [w] Jaktorowie i Wesołej. „AKADEMIK” określił go jako rzutkiego w pracy, cechuje go zapał i oddanie, taki dał się poznać w czasie krótkiego pobytu w Wesołej. Widocznie, zdaniem „AKADEMIKA”, chciał zdementować opinie ks. ŚMIAŁKA.

– Ks. GABLER w Wesołej przebywał przez okres jednego roku. Jeszcze przebywając w Wesołej ubiegał się [o] wyjazd czasowy do Anglii celem poznania języka. Jedyna sprawa, która go pociąga, to logika, a ponieważ wszelkie materiały źródłowe z tej dziedziny opracowane są w języku angielskim, stąd jego wyjazd. Z wypowiedzi jego wynikało, iż ma zamiar podjąć studia w kraju, ewentualnie na terenie Szwajcarii, w Szwajcarii bowiem dziedzina logiki jest dobrze rozwinięta. GABLER jest dobrym organizatorem, chociaż nie miał wielkiego zapału do pracy z młodzieżą, zaniedbywał katechizację. Ogólnie oceniany jest dobrze i ma przed sobą przyszłość.

– W czasie trwania „sacrosongu” w Warszawie, w kościele św. Anny ukazały się napisy tego typu jak „Precz z klerem” itp. Księża organizatorzy początkowo przypuszczali, iż jest to działalność inspirowana przez władze. Jednak z chwilą, kiedy problemem tym zajęła się ambasada chińska w Warszawie i zaczęli fotografować te napisy, wkroczyła milicja i natychmiast zaprzestano malowania haseł. W końcu doszli do wniosku, iż napisy były dokonywane przez św. Jehowy, musiała to być zorganizowana grupa, jedni wykonywali, drudzy pozostawali w obstawie. „AKADEMIK” przyznał, iż zabezpieczenie ze strony MO było właściwe i dodał, że jeżeli MO chce, potrafi pomóc kościołowi.

– W sprawie zarządzenia znoszącego dzień wolny dla wikariuszy „AKADEMIK” wyraził pogląd, iż Prymas nie wniósł nic nowego, nie było poprzednio zarządzenia, które przyznawałoby tego rodzaju wolne dni dla wikariuszy, tylko praktyka wprowadziła to w życie. Występując z pozycji proboszcza „AKADEMIK” stwierdził, iż u niego wikariusz nadal będzie dysponował wolnym czasem, jeżeli tylko potrafi tak sobie zorganizować zajęcia, aby nie ucierpiała katechizacja. Prymas wyszedł z założenia, iż księża nieodpowiedzialni dzień wolny wykorzystywali do zajęć nie licujących ze stanem duchownym, następnego dnia „skacowani” nie podejmowali należytej pracy.

            Z drugiej strony władze świeckie w zamian za wolne soboty nakazują odpracowanie w swoich zakładach pracy, co też jest podyktowane wydajnością, aby nie ucierpiała z tego tytułu gospodarka. Owszem, i w kościele, jeżeli praca wikariuszy będzie wydajna i intensywna, wówczas będą dni wolne od pracy. Inna sprawa, jaka zaważyła na podjęciu tej decyzji przez Prymasa, to zmiany w systemie nauczania w szkołach i nowy program, który przez wolne dni księży nie mógł być przystosowany do zajęć nauki religii. [dopisek na marginesie o wykorzystaniu informacji]

– „AKADEMIK” doszedł do wniosku, że do kościoła przenika moralność socjalistyczna, stosunek wikariuszy do własności proboszcza jest taki jak pracownika do majątku państwowego. Podał przykład, dość humorystyczny, iż wikariusz wskazał zakonnicom dwa szampony i oznajmił, ten jeden jest mój i proszę go nie ruszać, natomiast drugi należy do proboszcza, czyli jest parafialny i można z niego korzystać. W konkluzji „AKADEMIK” stwierdził, iż moralność socjalistyczna bierze górę, ponieważ własność społeczna jest bardzo eksponowana na rzecz prywatnej, co innego głosi kościół. Z przykładu tego wynika, iż korzystniejsze jest stosowanie moralności socjalistycznej, jeżeli nie traci na tym zainteresowana jednostka, jak to w przypadku wikariusza /mojego to nie rusz/.

II INFORMACJA

            Spotkanie z „AKADEMIKIEM” odbyłem w jego miejscu zamieszkania. Poprzedniego dnia uzgodniłem z nim godzinę 9-tą, jednak nie zastałem go, zakonnice oświadczyły, iż wyjechał. O godzinie 11-tej ponownie złożyłem wizytę „AKADEMIKOWI”, zastałem go, przeprosił, iż nie mógł być o uzgodnionej godzinie, ponieważ wyjechał do Warszawy i w drodze powrotnej samochód jego uległ uszkodzeniu. Po spożyciu przygotowanej dla mnie kawy w pokoju gościnnym, przeszliśmy do kancelarii parafialnej, gdzie kontynuowałem z nim rozmowę.

            Nie podjął dialogu na temat nawiązania kontaktów roboczych z Watykanem oznajmiając, iż historia wskaże, jak to będzie. Jego zdaniem, nigdy dwie odmienne teorie teizm i ateizm nie pójdą w parze. Wiadomo bowiem, że ateizm jest zaprzeczeniem teizmu, nawet współistnienie będzie walką ideologiczną. Kościół jest powszechny, powiedział, może być zlikwidowany w Polsce, w ZSRR i całym obozie socjalistycznym, ale będzie istniał. Poza tym dał mi wykład z teorii powstania świata z punktu widzenia teologicznego i dodał, że zarówno marksiści, jak i teolodzy stoją w martwym punkcie, badania trwają i kiedyś musi być powiedziana prawda. Podjął również temat „objawienia” jako jeden z atutów i argumentów kościoła.

            Uzgodniliśmy, iż w listopadzie ponownie go odwiedzę, przy pożegnaniu zaznaczyłem, iż sprawy filozoficzne sobie darujemy, zajmiemy się głównie zagadnieniami ziemskimi. „AKADEMIK”  stwierdził, jeżeli pan tak woli, to proszę bardzo, my i tak tego nie zgłębimy. Na tym w zasadzie zakończyłem rozmowę.

Wykonano w 1 egz.                                                    INSPEKTOR WYDZIAŁU IV

                                                                                  por. Zb. KORONOWICZ

– k. 142 Wniosek o złożenie w Archiwum Wydziału „C” KSMO teczki kandydata na tw ps. „Akademik” nr rej. 13812 dot. ks. Stefana Wysockiego, Warszawa 25.11.1981 r., Tajne spec. znaczenia, Egz. poj.

/…/ U z a s a d n i e n i e :

Wymieniony zarejestrowany został w charakterze kandydata na TW w dniu 24.01.1973  przez b. Wydział IV KWMO w Warszawie. W związku z reorganizacją w październiku 1975 roku przerejestrowano kandydata na konto Wydziału IV KSMO.

            Od stycznia 1973 roku do chwili obecnej z kandydatem odbyto 13 spotkań, podczas których materiałów o znaczeniu operacyjnym nie uzyskano.

            Prowadzony dialog z kandydatem miał na celu zbliżenie wymienionego, a następnie stopniowe wiązanie z organami Służby Bezpieczeństwa.

            Zamierzonego celu nie osiągnięto ze względu na wyjątkowo trudny charakter kandydata. Wykazywany fanatyzm oraz służalczość wobec Kurii i Episkopatu. Na spotkaniach starał się wykazywać sprzeczności zachodzące w teizmie i ateizmie oraz rolę kapłana w tym kontekście. Kontakt z pracownikiem traktował jako pewnego rodzaju sondaż na temat stosunków Państwo-Kościół. Zastrzegał się, że jego osobowość nie pozwala mu na zbliżenie się z organami SB dając do zrozumienia, że dalszy z nami kontakt mija się z celem.

            W tej sytuacji uważam, że prowadzony dialog z kandydatem należy przerwać, co nie wyklucza, że w dalszej perspektywie przy nadarzającej się okazji można będzie rozważyć podjęcie z nim rozmów.

W związku z powyższym teczkę opracowania kandydata „Akademik” nr 13812 złożyć w Archiwum Wydziału „C” KSMO w Warszawie.

                                                                                              St. insp. Wydziału IV

                                                                                              kpt. M. Kaniewski

Tw „Leszek” promowany w IPN

Pozornie panuje w publicystyce sezon ogórkowy, lecz ofensywa „prawicowych” tajnych współpracowników trwa nawet teraz. Zwracam także uwagę na rzetelność polityki redakcyjnej tygodnika „wGłupocie”. W ostatnią sobotę podsumowano (pośrednio) pierwszy rok regencji Jarosława Szarka.

Na podsumowanie złożyły się dwa artykuły. Pierwszy „informował”, że tw „Leszek” (biskup) ujął się za kolegami generałami Jaruzelskim i Kiszczakiem. Autor „wGłupocie” nie zająknął się o tym, że tw „Leszek” (biskup) sprzedał Papieża za bilet lotniczy. Skoro autor płynie z prądem, to wie, że Szarek rozpoczął regencję od przyjęcia pierścionka od tw „Leszka”. Osoba duchowna rozdająca pierścionki- nie podlega dzikiej ani cywilizowanej lustracji.

Drugi artykuł tygodnika „wGłupocie” dotyczy sesji IPN poświęconej nazewnictwu warszawskich ulic. Wśród referentów- nie mylą się Państwo- tw „Leszek”, ale ten nie jest jeszcze biskupem. Dla równowagi z pierwszym- za drugim tw „Leszkiem” przemawia publicznie pracownik IPN, więc ten tw „Leszek” nie ma potrzeby występować z wnioskiem autolustracyjnym, aby oczyścić się z pomówienia o tajną i świadomą współpracę z SB. Ponadto zwykłemu obywatelowi nie mieści się w głowie, aby do występu na konferencji IPN zaproszono tajnego współpracownika. Po prostu nie znają działalności prof. Wątroby (zmarł) czy Wojewody Podkarpackiego za regencji Kurtyki.

Fenomeny obydwu tw „Leszków” tłumaczę sobie tak: pierwszy potrzebował jakiejkolwiek korporacji, aby popłynąć z prądem, czarni czy zieloni- w ogóle nie ma różnicy, dzisiaj łączy ideały służby Bogu, LWP i samemu sobie; przypadek drugiego „Leszka” jest bardziej skomplikowany- pracownik IPN, który go promował w latach 2007-2008 obecnie reprezentuje „nas” w Senacie, więc drugi pracownik IPN również musi mieć ambicje parlamentarne.

Jutro o innych dokonaniach IPN.

Bolesław Szenicer- przyjaciel Bubla

Będzie dla Państwa pewna niespodzianką, że Bolesław Szenicer używał także imienia „Lutek”, wiadomość tę dedykuję szczególnie panu Bublowi. Sam zainteresowny nie pamięta już tych czasów- w 2009 r. jako kandydat na posła RP wypełnił negatywne Oświadczenie lustracyjne. Nie musi się tym martwić, takich Oświadczeń Biuro Lustracyjne IPN ma na pęczki (setki tysięcy Oświadczeń). Ponieważ Ww. podpisał akces do listy Remuszki, myślę, że „Warto rozmawiać”.

Według zapisów ewidencyjnych centrali SB Bolesława Szenicera zarejestrowano w 1981 r. jako tajnego współpracownika ps. „Lutek” Wydz. II Dep. III MSW pod nr. 66903. W 1983 r. komórkę zmieniono na Wydz. V Dep. III MSW. Pod koniec pamiętnego 1989 r. materiały „Lutka” trafiły do Wydz. VI DOKPP, a w styczniu 1990 r. zniszczono je.

Rejestracja przydała się Szenicerowi- w 1986 r. anulowano mu zastrzeżenie wyjazdów. O powody zastrzeżenia proszę pytać Ww.

Chciałbym odtworzyć teczkę pracy „Lutka”, ale na razie osiągnąłem bardzo nikłe efekty.

– k. 244 Notatka, Warszawa 14.04.1988 r., Tajne spec. znaczenia, egz. nr 2

            W celu zapewnienia dopływu informacji w sprawie planowanej uroczystości przez opozycję na cmentarzu żydowskim w Warszawie, za zgodą st. insp. Kpt. W. Zagórskiego, wywołałem spotkanie w dniu 13.04 z t.w. ps. „Lutek”, którego znam ze spotkań kontrolnych.

            Z relacji „Lutka” wynika, że Marek Edelman w dniu 29 marca br. był w Warszawie i rozmawiał z kierownikiem cmentarza żydowskiego Bolesławem Szenicer. Potwierdził datę 17.04 godz. 1200 odsłonięcia pomnika H. Erlicha i W. Altera. Mówił, że na uroczystość zaprosił gości z kraju i z zagranicy. Na pytanie, czy posiada zezwolenie, odpowiedział, że otrzymał zezwolenie na postawienie pomnika i jednocześnie jego odsłonięcie. Podkreślił: „niech się pan nie boi, wszystko będzie w porządku”. Powiadomi pismem ZRWM o dacie i godzinie odsłonięcia pomnika.

Z Edelmanem był mężczyzna w wieku 40-45 lat.

            W dalszej rozmowie „Lutek” twierdził, że dość często przychodzą młodzi ludzie Polacy, oglądają pomnik Erlicha i Altera oraz pytają o datę i godzinę odsłonięcia pomnika.

Na cmentarzu w tych dniach było kilka większych grup turystycznych młodzieży z Izraela. Interesowali się przede wszystkim pomnikami naukowców. Przy pomniku „bundowców” nie byli.

            W dniu 13.04 pomiędzy godziną 10-11 cmentarz odwiedził I. Navon z grupą posłów Knesetu. Odwiedzili pomniki Zamenhoffa, Korczaka i innych naukowców. Przy pomniku Erlicha i Altera nie byli.

            Na spotkaniu omówiono następujące zadania:

1 Codziennie dokona sprawdzenia, czy tablice z napisami nie zostały zmienione

2 W dniu 17.04 o godz. 11,30 przekaże informację telefonicznie o sytuacji na cmentarzu, ile jest osób, transparenty i napisy

3 Zwróci uwagę kolportarz [sic] wrogich ulotek, broszur oraz innych dokumentów

4 Po zakończeniu uroczystości przekaże następną informację, ile osób brało udział, treść przemówień oraz jego zdaniem- najważniejsze wydarzenia.

Ponadto uzgodniono, że „Lutek” będzie nas informował o ew. zmianach terminu odsłonięcia pomnika oraz o ważniejszych delegacjach krajowych i zagranicznych odwiedzających cmentarz.

            Ustalono, że „Lutek” informacje przekaże na tel. nr 29-59-24 i będzie prosił Wiesława lub Władysława.

Przedsięwzięcia

– z informacją zapoznać Kpt. W. Zagórskiego

– odpis załączyć do sprawy Obiektowej krypt. „Wiosna-88”

                                                           St. insp. Wydz. V Dep. III

Wykonano w 2 egz.                            ppłk Wł. Kucypera

Egz. nr 1 T. Rob.

Egz. nr 2 spr. „Wiosna-88”

Oprac. i Wyk. Wł. K.

14.04.88

Ldz. masz. 00158/Ż/88