Archiwa tagu: cenckiewicz

Tadeusz Płużański, czyli żyć po Bierucie

W wakacje, z braku lepszego zajęcia oglądałem program prowadzony przez Tadeusza Płużańskiego juniora pt. „O co chodzi?”. W studio Wyszkowski i Gwiazda, a w Bydgoszczy Rulewski. Pobocznie poruszono sprawę zatrudnienia SB-eków w warszawskim ratuszu. Wyszkowski nie omieszkał pochwalić się, że to gdański historyk ich ujawnił, bo w Warszawie… Ponieważ Płużański warszawskich historyków nie bronił, musimy to zrobić sami.

Tak się składa, że zajmowałem się już teczką Witolda Pileckiego pod kątem, kto go wydał. W teczce przewija się mnóstwo pseudonimów, więc tej odpowiedzi jeszcze długo nie poznam. Zainteresowała mnie także postać Tadeusza Płużańskiego- seniora. Zamówiłem kwerendę na jego temat i nie mogłem wyjść z podziwu nad jego mimikrą. Mimo ciążącego na nim odium zdrajcy i szpiega znakomicie poradził sobie w PRL- w okresie po 1956 r. Nie mogłem też zrozumieć, jak mógł się ożenić (po raz trzeci) z pracownicą WSNS (najmłodszym Czytelnikom rozwinę skrót: Wyższa Szkoła Nauk Społecznych przy KC PZPR- ten ostatni skrót drogie dzieci musicie sobie rozwinąć same). Odpowiedzi znalazłem w teczkach.

W biogramie cioci Wikipedii senior rodu przedstawiany jest jako antykomunistyczny bohater. To poziom oświaty publicznej, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Żeby podważyć treści humanistycznej części Wikipedii nie trzeba być z Gdańska. Poza flirtem Płużańskiego seniora z przodującym ustrojem pojawi się także wątek jego rejestracji w charakterze źródła UB. Jednak to nie on wydał Pileckiego i dowodów współpracy nie ma.

Najważniejszy dokument z 15.09.1955 r. poznałem wyłącznie w odpisie. O jego prawdziwość zapytałem znawcę tematu Płużańskiego juniora. Okazuje się jednak, że żaden program TVP nie jest w stanie mnie z nim skontaktować.

– k. 198 Odpis prośby do KC PZPR w Warszawie o rozpatrzenie sprawy, Wronki 15.09.1955 r.

            Wyrokiem Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie z dnia 15.III.1948 r. zostałem skazany na karę śmierci. Decyzją Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej karę tę zamieniono na karę dożywotniego więzienia.

            Obrońca w czasie przewodu sądowego określił fakt, iż znalazłem się na ławie oskarżonych jako „tragiczne nieporozumienie”.

            Tak jest w istocie.

            W chwili wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 r. byłem 19-letnim chłopcem, który dopiero zdał maturę, niezdecydowanym co do swego przyszłego losu. Współczucie dla biedaków, dla cierpień klasy robotniczej, z którymi się zetknąłem bezpośrednio mieszkając w robotniczej dzielnicy Warszawy przy ul. Czerniakowskiej 128 oraz za pośrednictwem rodziców, którzy pracowali jako nauczyciele w tej samej dzielnicy, skłaniało mnie do tzw. pracy społecznej w duchu „Judymowskich mrzonek” Żeromskiego, zmieszanych w nieskrystalizowaną całość z chrześcijańską zasadą „miłości bliźniego”.

            Wojna udaremniła te zamiary. Trzeba się było bić. Odbyłem kampanię wrześniową jako ochotnik. W bitwie pod Janowem Lub. 29 września otrzymałem ciężki postrzał prawego płuca, który pozbawił mnie możliwości walki z okupantem do grudnia 1939 r. W tym miesiącu wstąpiłem do grupy konspiracyjnej wydającej pismo „Polska Ludowa”. Wsypa w lutym 1940 r. położyła kres tej pracy. Pełniłem wówczas funkcje adiutanta Kotta ps. „Światowid”, który, o ile mi wiadomo, był dowódcą tej organizacji na Warszawę. W tym samym miesiącu wstąpiłem do organizacji „Tajna Armia Polska”, w której pełniłem różne funkcje, ostatnio przed aresztowaniem przez gestapo, w okresie scalania się licznych grup i organizacji podziemnych w ZWZ, a następnie AK, funkcje adiutanta batalionu.

            W dniu 11 listopada 1940 r. zostałem aresztowany przez gestapo pod zarzutem udziału w ruchu oporu. Przeszedłem śledztwo w Al. Szucha i na Pawiaku, i w gestapo w Grudziądzu, wreszcie jako „politycznie podejrzany”, bez udowodnienia mi przynależności do organizacji podziemnej zostałem przesłany do obozu koncentracyjnego Stutthof k. Gdańska. Przebywałem w nim jako więzień polityczny nr 10525 do dnia 9 maja 1945 r. to znaczy 4 i pół roku, do oswobodzenia obozu przez Armię Radziecką.

            Po wyjściu z obozu osiadłem w Sopocie. W Warszawie nie miałem już nikogo bliskiego: ojciec zmarł w więzieniu gestapo, brat został rozstrzelany za udział w akcjach AK, matka przebywała w obozie niemieckim z Zeitheim, wywieziona po powstaniu.

            W pierwszym okresie po wyzwoleniu byłem politycznie całkowicie zdezorientowany. Nie miałem pojęcia o walce, która się toczyła w łonie polskiego społeczeństwa w czasie okupacji i po wyzwoleniu, o racjach tej walki. Znałem wówczas tylko jedną walkę- z Niemcami, i jedną rację tej walki- Niepodległa Polska.

            Zdecydowały o mym pierwotnym nastawieniu hasła krzyczące z plakatu: „Śmierć bandytom spod znaku AK i NSZ”. W odrodzonej Polsce nazywano mnie bandytą, grożono mi śmiercią. Z pozycji niezdecydowanego zepchnięto mnie na pozycję wroga. Nawiązałem kontakt z likwidującą się już wówczas AK. Widząc stabilizację stosunków, początki odbudowy, ujawniłem się w jesieni 1945 r. Tymczasem matka moja powróciła z obozu. Chciałem się uczyć.

            Cóż z tego! W kilka dni zaledwie po ujawnieniu się otrzymałem z Woj. Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku zawiadomienia, iż mam się zgłosić do owego urzędu w celu złożenia wyjaśnień. Było to naruszenie przez WUB w Gdańsku umowy ujawnieniowej, zawartej pomiędzy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego a władzami AK, która przewidywała, iż ujawniający się nie będą zobowiązani do składania jakichkolwiek wyjaśnień. Podejrzewając, iż UBP w Gdańsku chce mnie aresztować, uciekłem z Wybrzeża i w ten sposób ujawnienie moje spaliło na panewce. Wyjechałem do Warszawy jako „nielegalny” człowiek. Tu napotkałem Witolda Pileckiego, pełniącego funkcję rezydenta wywiadu II Korpusu Andersa, byłego mego szefa z organizacji TAP z 1940 r., który dowiedziawszy się o mojej sytuacji, zaproponował mi wyjazd do Włoch i zawiezienie jego meldunku do sztabu II Korpusu. Propozycję tę przyjąłem. Z Woch przysłano mnie z powrotem do kraju z pieniędzmi i instrukcją dla podziemia. Miała nimi dysponować Jadwiga Mierzejewska ps. „Jadwiga”, „Danuta”, z którą przyjechałem. Moja rola była wyłącznie kurierska. W Kraju pośredniczyłem w przekazywaniu wiadomości z terenu MBP Witoldowi Pileckiemu ps. Witold. Były mój kolega z TAP Leszek Kudciński poznał mnie z oficerem MBP Wacławem Alchimowiczem, od którego wiadomości te otrzymywałem. Poza tym dopomagałem Pileckiemu w zestawianiu raportów wywiadowczych i wysyłaniu ich za granicę. Utrzymywałem łączność organizacyjną z szeregiem osób, z którymi następnie byłem razem sądzony. Działalność ta trwała do połowy kwietnia 1947 r., do chwili, gdy zerwałem kontakty organizacyjne i nie wykonałem rozkazu wyjazdu za granicę. Zgłosiłem się do WUB w Warszawie, by dopełnić formalności ujawnienia z 1945 r., zarejestrowałem się w RKU i Biurze Ewidencji Ludności. Byłem już poprzednio studentem Wydz. Prawno-Ekonomicznego Uniwersytetu Poznańskiego. Chciałem się uczyć.

            Wpłynęła na tę decyzję świadomość popełnionego błędu Kraj dźwigał się z ruin wbrew proroctwom emigracyjnym, wbrew naszej działalności podziemnej, zgodnie z zapowiedziami tych, którzy nim kierowali. Moja wiara w samodzielność i polskość polityki emigrantów, z którymi się związałem, okazywała się coraz jawniej bezpodstawną. Zrodziła się we mnie wątpliwość, że to, co robię, nie tylko nie ma nic wspólnego z patriotyzmem, lecz przeciwnie, jest zdradą interesów narodowych. Trzeba było przełamać w sobie opory, jakie stwarzały we mnie znane mi metody stosowane przez MBP i stanąć do pozytywnej pracy, jeśli nie chciało się stanąć poza życiem. Chociaż moje uświadomienie polityczne było nadal znikome, czułem, że racja Polski jest przeciwko mnie.

            W czasie przewodu sądowego prokurator zapytał mnie, dlaczego wobec tego nie skorzystałem w pełni z amnestii i ujawnienia z lutego 1947 r. Opowiedziałem: po pierwsze, amnestia ta nie obejmowała wywiadu; po drugie, wymagała od ujawniających się denuncjacji kolegów i dlatego była dla mnie nie do przyjęcia. Wydaje mi się, że dziś te powody są całkowicie zrozumiałe. Gdy czytam w Nowej Kulturze opowiadania, którego bohater woli zamordować swego brata-szpiega niż zadenuncjować go do UB, utwierdzam się w przekonaniu, iż droga powrotu do uczciwego życia nie mogła prowadzić dla mnie przez wydanie na śmierć i więzienie kolegów, z którymi dotąd wspólnie popełniałem przestępstwo (patrz Nowa Kultura z 24.VII.1955 r. nr 30).

            Dnia 26 kwietnia 1947 r. wziąłem ślub (kościelny) ze Stanisławą Skłodowską, studentką III roku medycyny UP. Zamieszkaliśmy z żoną w Puszczykówku k/Poznania, aby być daleko od wszelkich spraw podziemia. W kilka dni później, 6 maja 1947 r. nastąpiło w Warszawie, dokąd przyjechałem dla widzenia się z matką i na ostatnią rozmowę, już prywatną, z Pileckim, moje aresztowanie. Wkrótce aresztowano żonę.

            Rozpoczęło się śledztwo. Bito mnie niewiele. Czekało mnie coś znacznie gorszego. Ówczesny kierownik Wydz. Śledczego MBP płk Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną „szarpali”, gdy mogą wybić z kogo innego, co im potrzeba. Niestety, nie była to czcza pogróżka. Nie wiem dokładnie, jaki przebieg miało śledztwo mojej żony. Wiem natomiast, że bito ją i maltretowano, zalewano potokiem najordynarniejszych, rynsztokowych wymysłów, wśród których słowa „kurwa” należało do najprzyzwoitszych, że podeptano jej godność ludzką. Była w ciąży. Zamordowano płód, powodując poronienie. Zaniedbano zrobienie skrobanki, co pociągnęło za sobą wiele miesięcy trwające krwotoki. Doprowadzano ją do krańcowego wyczerpania psychicznego i fizycznego. Popadła wreszcie w rozstrój nerwowy, w którym bredziła, krzyczała, przerażona jakimiś zjawami, traciła świadomość. Nie trudno się domyślić, jaki był wynik takich metod śledztwa, połączonych z nieustannym szantażowaniem żony mym rozstrzelaniem, o ile ona nie podpisze każdego podsuwanego protokołu. Torturowanie żony służyło za narzędzie szantażu w stosunku do mnie. Płk Różański mówił: „Ona tu siedziała przed chwilą, na tym miejscu co ty, płakała, przeklinała siebie. Ratuj ją. Ty masz u mnie (?) i tak dwa wyroki śmierci, ciebie nic nie uratuje”. Nie pomagało, iż posiadano w ręku dowody mej winy, że przyznałem się do wszystkiego, żądano wciąż więcej i więcej.

            W wyniku tak przeprowadzonego śledztwa sporządzono akt oskarżenia, oparty w znacznej mierze na fałszu, na podstawie którego żona moja została skazana na 8 lat więzienia. W moim akcie oskarżenia, obok całkowicie uzasadnionych zarzutów, znalazły się zarzuty całkowicie fałszywe, jak rzekome współdziałanie w przygotowaniu zamachów na czołowe osobistości MBP (zakwalifikowane następnie jako przestępstwo z art. 13 dekretu z 13 czerwca 1947 r.- wyrok: kara śmierci) oraz potraktowanie mnie jako rezydenta obcego wywiadu (zakwalifikowane następnie jako przestępstwo z art. 7 dekr. z 13 czerwca 1947 r.- wyrok: kara śmierci), podczas gdy w istocie pełniłem w Wywiadzie II Korpusu funkcję kuriera, a następnie pośrednika w mechanicznym przekazywaniu wiadomości z rak do rąk oraz czysto mechaniczne czynności przepisywania na maszynie i ostatecznego formułowania raportów Witolda Pileckiego.

            W czasie koszmarnego pobytu mego na oddziale śledczym mokotowskiego więzienia nie zaniedbano więc żadnego środka, aby doprowadzić mnie do psychicznego załamania i samobójstwa albo do zahartowania nie nieprzejednanego wroga; uczyniono wszystko, aby wykazać, że moja działalność przeciwko Polsce Ludowej była słuszna, a decyzja zerwania z podziemiem pozbawiona racji i bezsensowna.

            W istocie byłem wtedy o krok od takich myśli.

            Nie poszedłem jednak za żadną z nich. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że ci łamiący prawo dręczyciele i sadyści są, jak to chełpliwie głosili, przedstawicielami Polski Ludowej, walczącego o lepszy świat proletariatu. Teraz wiem, że byli oni tylko produktem ubocznym wielkiego procesu społecznego, zanieczyszczającym ruch robotniczy, dziś odrzuconym precz.

            Jednakże, niezależnie od nadużyć w śledztwie i rozdęcia aktu oskarżenia do rozmiarów nieodpowiadających prawdzie, uważam, iż zostałem słusznie ukarany karą śmierci zamienioną następnie na karę dożywotniego więzienia. Byłem winien i zostałem ukarany tak, jak karzą wszystkie kraje i systemy za podobne przestępstwa w okresach podobnego napięcia walki klasowej i narodowej.

            Ułaskawienie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i zamianę kary śmierci na dożywocie przyjąłem z radosnym zdziwieniem.

            Taka jest moja subiektywna ocena mej winy i kary, jaką poniosłem, niezależna od śledztwa, aktu oskarżenia czy sądowego przewodu, co do których mam w dalszym ciągu istotne zastrzeżenia.

            Wiadomość dochodząca do mnie o wielkich budowach, o przekształcaniu się Polski w silny kraj przemysłowy, o zaktywizowaniu milionowych, dotąd społecznie biernych, mas biedoty, o przebudzeniu niebywałej aktywności twórczej narodu, pogłębiały we mnie nieustanne przeświadczenie o popełnionej zbrodni, powodowały coraz głębszą rozterkę. Nie jest rzeczą łatwą przyznać się uczciwie, przed samym sobą, do popełnienia zbrodni przeciwko swemu narodowi. Jest to tym bardziej trudne, gdy się widzi w koło siebie, a często odczuwa na własnej skórze, systematyczne niemal łamanie praworządności. Kiedy się słyszy pogróżki, że zgniję w więzieniu, kiedy w czasie inspekcji oficjalny przedstawiciel MBP oświadcza, że za dużo myślałem na wolności, a w więzieniu powinienem oduczyć się myśleć i dlatego jestem pozbawiony nie tylko książek, ale nawet gazet; kiedy autorytatywnie mi oświadczono, że jedyna droga rehabilitacji dla mnie, to „kapowanie”- donosicielstwo. A w takiej atmosferze upłynęły pierwsze lata mego pobytu w więzieniu. Gdybym się był wtedy poddał tej atmosferze, byłbym dzisiaj człowiekiem moralnie wykończonym, niezdolnym do rzeczywistego odrodzenia. Stałbym się może obłudną bestią, podłą i zakłamaną, spekulującą na doraźne korzyści i dobrą opinię kosztem często niewinnych zadenuncjowanych kolegów.

            Że się tak nie stało zawdzięczam przede wszystkim nie własnej odporności, lecz klasykom marksizmu, których dzieła zacząłem już wówczas czytać. Te pierwsze książki (Manifest Komunistyczny, I, II tom dzieł Lenina, Przyczynek itd.- Plechanowa) stały się dla mnie źródłem  moralnego i myślowego postępu. Odsłoniły mi one rąbek potężnego systemu, którego istnienia dotychczas nawet nie podejrzewałem, do tego stopnia żadne były moje wiadomości o naukowym socjalizmie.

            Na moją prośbę władze więzienne umożliwiły mi systematyczne studiowanie marksizmu, udzielając mi zezwoleń na dodatkowe korzystanie z książek polskich, rosyjskich i niemieckich („Kapitał” tom I, II, III) oraz na posiadanie w celi materiałów piśmiennych. Przestudiowałem dotąd znaczną ilość dzieł Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Plechanowa, Kautskiego, Garandy,ego, Cunoca i Schaffa i innych obok wielu różnych książek z dziedziny filozofii i ekonomii politycznej. Odnalazłem w nich to, czego poszukiwałem dotąd bezskutecznie: zwarty światopogląd przodującej klasy, który stał się moim światopoglądem; metodę naukowego poznania, która staje się moją metodą; rację, dla której życie nabiera wreszcie istotnego sensu i blasku; walkę o lepszą przyszłość już nie narodu tylko, a ludzkości, walkę bezwzględnie konieczną, o ile świat nie ma stać się wkrótce kupą krwawego gruzu. Ta walka stała się moją walką. Odnalazłem w nich rzeczywistą proletariacką etykę, opartą o poszanowanie i miłość człowieka; o kult pracy; solidarność w ostrej i nieprzejednanej walce z wszelkim wyzyskiem; wszelkim podeptaniem człowieka; etykę opartą o nakaz historycznych praw rewolucji proletariackiej i budowy komunizmu.

            Osobiste urazy znalazły wobec ogromu zjawiska, jakim jest rewolucja proletariacka, walka o postęp. Ale tym większą stawała się przeze mnie zbrodnia szpiegostwa. Tym głębsze było poczucie własnej winy i bezsensownie zmarnowanego życia. Tym jaśniejsza stawała się myśl, że prawdziwa i rzetelna droga do życia i rehabilitacji wiedzie przez usilną pracę dla dobra tego, co dotychczas zwalczałem, dla dobra socjalizmu. Ta myśl wynikała z uświadomienia sobie, że czuję się marksistą, z potrzeby naprawienia, przynajmniej w części, krzywd, jakich doznała ode mnie Polska Ludowa.

            Nie była to droga łatwa ani prosta, ani krótkotrwała. Ciągnęła się kilka lat; kosztowała wiele wysiłku, walk z tym, co było we mnie stare i dobrowolnie nie chciało ustąpić; wiodło przez głęboką rozterkę, rozpacz, niemal śmierć psychiczną, aż do świtu pierwszej jasnej i nowej myśli, za którą przyszło odrodzenie. Jedynym skutecznym wewnętrznym czynnikiem, który mi nieustannie dopomagał w przełamaniu największych przeszkód, była stała listowna wymiana myśli z żoną moją, która odbywała karę więzienia w Fordonie. Przechodziliśmy analogiczną przemianę i pomagali sobie wzajemnie. Najdobitniej okazało się to w kwestii stosunku do religii. W chwili aresztowania byłem człowiekiem nie tylko formalnie wierzącym, ale opierałem cały swój pogląd na świat, na politykę, etykę społeczną, życie ziemskie i pozagrobowe na podstawach katolickich. W miarę przyswajania sobie materialistycznego poglądu na świat spychałem sprawy religii na dalszy plan, odwlekałem moment decydującego starcia możliwie jak najdalej. Była to przeszkoda najtrudniejsza i najzacieklej broniona. Na myśl, że grozi mi utrata wiary w Boga, ogarniał mnie lęk i bywały takie chwile, że gotów byłem porzucić wszystko i zamknąć się w skorupie wiary. Anim przypuszczał, że religia może być tak znakomicie skutecznym środkiem ujarzmienia człowieka i już byłem daleko zaawansowany w marksizmie, a sprawy wiary lub niewiary pozostawały nierozstrzygnięte. W tym momencie żona zapytała mnie wprost: „Czy wierzysz jeszcze w Boga? Napisz!” Trzeba się było zebrać w sobie i ostatecznie rozstrzygnąć. Rozstrzygnąłem: nie wierzę. I odtąd wszystko wyklarowało się ostatecznie. Był to grudzień 1954 r.

            Z przysłowiową gorliwością neofity pragnąłem jak najszybciej wziąć czynny udział w życiu. Napisałem dwa artykuły („2 zagadnienia etyki osobistej” oraz „dlaczego skuteczność kontra uczciwość”), przeznaczone przeze mnie do druku w Nowej Kulturze. Okazały się nieudane. Wydz. Pol. Wych. Departamentu Więziennictwa MSW nie zaaprobował ich. W miarę możliwości, jakie można uzyskać w więzieniu, pracuję dalej nad sobą, uczę się i piszę z wiarą w to, że mój wysiłek przyda się nie tylko mnie, lecz być może wyniknie z niego jakiś, choćby minimalny, pożytek społeczny.

            Spotykam się czasem z niedowierzaniem, z podejrzewaniem nieszczerości, dwulicowości z mej strony, zdradzanym ironiczno-wątpiącym uśmiechem, gdy mówię np. że walka o socjalizm i postęp stała się moją walką, że związałem swe życie z komunizmem na każde warunki i na wszelkie okoliczności, i do końca moich dni.

            Dla tych wątpiących mam jedną odpowiedź: ugiąłem się nie przed ludźmi, lecz często wbrew ludziom, którzy nie raz reprezentując wobec mnie jako podejrzanego w śledztwie lub jako więźnia wielką ideę, w istocie działali na jej szkodę- złamała mnie, aby wśród męki niewypowiedzianej zwrócić życie oczyszczonego i odrodzonego, wielkość naszej idei, żelazna logika faktów. Ślubowałem w sobie wierność idei komunizmu, a nie ludziom, Partii, a nie jej poszczególnym członkom.

            Dnia 4 lutego 1955 r. zwróciłem się do Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej z prośbą o zastosowanie w stosunku do mnie prawa łaski. Po kilku miesiącach otrzymałem z Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie zawiadomienie, że prośbie mojej „nie nadano dalszego biegu”. Wyobrażam sobie, że wypełnienie gotowego druku, zawierającego ten sakramentalny zwrot, nazwiskiem petenta, jest czynnością prostą i nie wymaga od wypełniającego większego wysiłku. Daleko więcej wysiłku wymagałoby oczywiście dostrzeżenie przez siatkę paragrafów i artykułów twarzy żywego człowieka, która, jak każda twarz ludzka, ma swe cechy indywidualne. W wypadku mojej prośby o łaskę paragraf (nieszczęsna siódemka) przysłonił człowieka. Od czasu popełnienia przeze mnie przestępstwa, od z góry 8 lat, zaszły w świecie olbrzymie zmiany, wyzwolono całe kraje i narody, zbudowano podstawy socjalizmu, wykonano gigantyczne plany, wzrastało i malało napięcie w międzynarodowych stosunkach, tysiące przestępców amnestionowano, tysiącom zrewidowano sprawy, zmniejszono wyroki; mylono się na najwyższych szczeblach i przeprowadzono samokrytykę, wreszcie ostatnio puszczono w niepamięć wszystkie zbrodnie popełnione na emigracji przeciwko Polsce Ludowej, a więc i szpiegostwo; zjawiają się w Kraju ci, którzy byli spirytus movens zbrodni popełnionych przez takich jak ja, wita się ich oficjalnie. Niewiele jest spraw i stanów, które nie uległyby takim czy innym zmianom. Do tych nielicznych należy niestety, mój wyrok, który niezmiennie i bezlitośnie skazuje mnie na dożywotne przebywanie w więzieniu. Samokrytyka nie jest dla mnie, zmiany kursów polityki nie są dla mnie, amnestie nie są dla mnie, prawo łaski nie jest dla mnie. Cóż pozostaje? Czy mechanicznie wypełniona kartka „prośbie waszej nie nadano dalszego biegu” nie jest powtórnym skazaniem mnie na śmierć, tym razem powolną, aż do skonania w murach więzienia? W tej decyzji człowiek nie znaczy wiele. Ważny jest za to paragraf- siódmy paragraf szpiegowski. Nieważna jest również zbrodnia- większe zbrodnie, w największej skali popełnione, nie 8 czy 9 lat temu i nie odcierpiane dawno, lecz te sprzed miesiąca, sprzed tygodnia, darowuje się i puszcza w niepamięć. Tu ważny jest paragraf, to on zasłania człowieka.

            Gdyby zestawić sprawę emigrantów, w stosunku do których postąpiono wspaniałomyślnie i humanitarnie, darowując im wszelkie winy i przekroczenia, z faktem „nie nadania dalszego biegu” mej prośbie o łaskę, dojść można zaiste do paradoksalnych i niewiarygodnych wniosków. Jak gdyby w nagrodę za trwanie w zbrodni przeciwko swemu narodowi, za judzenie do takiej zbrodni tysięcy Polaków, które trwało niezmiennie aż do 1955 r., do Konferencji Genewskiej, która rozwiała nadzieje na III wojnę światową, otrzymują emigranci możność powrotu do życia w Kraju. Jak gdyby za karę, że- nie na skutek kalkulacji politycznej, lecz z wewnętrznego przekonania, już w 1947 r. wiosną zerwałem z podziemiem; bez względu na bolesną, z górą ośmioletnią pokutę, jaką odbyłem; bez względu na zasadnicze zmiany mego stosunku do przestępstwa, do socjalizmu, do Polski Ludowej; bez względu na moją walkę z okupantem i męki obozu śmierci i śledztwa gestapo; bez względu na to wszystko suche, urzędowe zdanie: „prośbie waszej nie nadano dalszego biegu”, skazuje mnie na beznadziejne, dożywotnie więzienie. Gdybym był wtedy, w 1947 r., nie zerwał z podziemiem, wykonał rozkaz wyjazdu za granicę, dziś popełniwszy nawet cięższe przestępstwa jeszcze w 1955 r.- mógłbym powrócić do życia.

            Ale za emigrantami przemawia rozumna i humanitarna polityka naczelnych władz Partii i Rządu, przeciwko mnie jest bezdusznie i chciałoby się rzec biurokratycznie stosowany paragraf.

            Proszę Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej o rozpatrzenie mej sprawy i umożliwienie mi powrotu do wolnej pracy, do nauki, do rodziny w sposób, który KC uzna za właściwy. W wypadku, gdyby za właściwe uznał KC PZPR wniesienie przeze mnie ponownej prośby o łaskę do Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, proszę o przesłanie pod właściwy adres mej prośby, którą załączam do prośby niniejszej oraz o poparcie jej.

            Załączam poza tym moją odpowiedź-apel skierowany do emigracji polskiej. Jeżeli KC PZPR uzna to za celowe, proszę o opublikowanie tej wypowiedzi w prasie. Jako stały czytelnik „Trybuny Ludu”, „Trybuny Wolności” i „Nowej Kultury” chętnie bym widział opublikowanie mej wypowiedzi na łamach któregoś z tych pism. Apel ten jest zredagowany jako list do przyjaciela, z którym istotnie razem uciekaliśmy w styczniu 1946 r. z Polski, a który pozostał na obczyźnie.

                                                                                  /-/  Tadeusz Płużański

– k. 16 pismo do Wydz. II Dep. III MBP, Gdańsku 29.07.1947 r.,

            W odpowiedzi na Wasze pismo z dnia 11.VII.47 r. za Nr. D.B.1441/47 komunikujemy: dnia 3.IX.45 r. na zasadce [sic] w Oliwie został zatrzymany przez funkcjonariuszy tutejszego Urzędu ob. ob. PŁUŻAŃSKI TADEUSZ syn WACŁAWA, po przesłuchaniu w/w został zawerbowany pod pseud. „LECH”. Po niedługim czasie współpracy kontakt z nim został zerwany z powodu wyjazdu jego w niewiadomym kierunku.

            Wraz z niniejszym pismem przesyłamy w załączeniu protokoły przesłuchania w/w.

                                                                                  S z e f  WUBP w G d a ń s k u

p.o. Naczelnik Wydziału III                                        /-/ J a s t r z ę b s k i  ppłk

/-/ M a j e w s k i  por.

Odbito w 3 egz.

1 egz. – adres.

2 egz. – a/a

– k. 7 Streszczenie z 15.06.19.. r.

            Płużański zwierzył się, że pod koniec 1945 r. był aresztowany w Gdyni przez Urząd Bezpieczeństwa za przynależność do tajnej organizacji, jednak udało się mu się wprowadzić w błąd bezpieczeństwo i został zwolniony, lecz tego samego dnia ponownie był poszukiwany, ale zdążył wyjechać z Gdyni. W Bezpieczeństwie w Gdyni Płużański ma kolegę i chciałby siedzieć w Gdyni, a na pewno jego kolega ułatwiłby mu wyjście i odzyskanie wolności, gdyż jest osobistym jego przyjacielem i dobrym polakiem [sic].

Płużański mi mówił, że w śledztwie zapytywano go, czy prowadził wywiad w Wojsku Polskim, do czego nie przyznaje się, lecz nadmienia, że każdy członek nielegalnej organizacji, o ile ma zadanie zbierania wiadomości informacyjnych, to korzysta ze wszystkich uzyskanych informacji, czy to wojskowych czy politycznych. Płużański specjalnie zainteresowany był Bezpieczeństwem w Polsce, lecz nie uzyskał wiadomości o wojsku i innych. Płużański obawia się, że z powodu jego sprawy może mieć wiele przykrości min. Wasiak, gdyż on Płużański wykorzystywał szczere rozmowy i zwierzenia min. Wasiaka dla swoich celów organizacyjnych, o czem pisał w meldunkach i ustnie przekazywał „Witoldowi” i „Jadwidze”.

                                                           Sporządził: Sosnowski

Sporz. w . egz.                                    Zadanie:

Wyk. R.O.                                                      1 Rusinek

                                                                       2 oficer śledczy

Otrzymują:                                                     3 wyw. Wojskowy

1 płk R.

2 ppłk R.

3 ppłk L…

4 …

5 teczka

Reklamy